Redakcja

Ziemniaki i magia

Dzień przed pójściem do Nomy nie spałam dobrze. Po pierwsze umierałam ze stresu i wyobrażałam sobie, że nie dam rady. Po drugie była pełnia księżyca, która w tym miesiącu wyjątkowo mi nie sprzyjała. Tak więc leżałam w łóżku, przewracając się z boku na bok i gapiąc w ciemność.

– 17/09/2014 –

Przypomniał mi się spacer sprzed dwóch dni, kiedy wybrałam się na pierwszą przechadzkę po Kopenhadze. Szłam z dzielnicy Vestebro aż do samego portu – wtedy jeszcze bez roweru, za to z mikro mapą, która bardzo szybko przestaje być potrzebna, bo miasto po krótkim czasie staje się przejrzyste dla zwiedzającego. Doszłam nad wodę, usiadłam na tarasie przed operą i patrzyłam na drugi brzeg. Nagle wydał mi się dziwnie znajomy. No tak, przecież po drugiej stronie jest Noma! W tym całym zachwycie nad nowym miastem jakoś w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby tam iść. Więc teraz ruszyłam w jej kierunku. Przechodząc przez most, poczułam nerwowe bicie serca, a im bliżej byłam Nomy, tym bicie było mocniejsze. Szłam głównym traktem Strandgade, minęłam front budynku i znalazłam się od strony kuchni, co uświadomiłam sobie, kiedy obok mnie przeszedł Lars Williams (odpowiedzialny za R&D). Zniknął w kontenerze, w którym mieści się „bunkier naukowy”. Wtedy wreszcie dotarło do mnie, gdzie jestem i co mnie czeka. Doszłam do ławki przed restaurację, usiadłam i rozpłakałam się jak dziecko. Ze szczęścia!

Leżąc teraz w ciemności pomyślałam, że to dobrze, że płacz mam już za sobą, bo byłoby głupio, gdybym popłakała się w dniu rozpoczęcia stażu. I jak tylko to pomyślałam, znów się poryczałam, tym razem nie ze szczęścia, tylko ze złości na samą siebie i na to że nie mogę panować nad emocjami. Ale te uczucia nie wzięły się oczywiście znikąd. Udało mi się – mam staż w najlepszej restauracji na świecie, ogromne wsparcie moich najbliższych, ale też osób zupełnie mi obcych. Z drugiej strony jest i garstka ludzi, którzy mi zazdroszczą i nie omieszkają rzucić złośliwego komentarza, i mimo że te małe złośliwości giną w morzu pozytywnych słów, zostają z tyłu głowy na długo.

Wreszcie zasnęłam, choć spałam góra cztery godziny, czyli tyle co nic. Rano wypiłam kawę i pojechałam do pracy. Cały czas miałam te myśli, że może nie ogarnę czegoś, albo co gorsza nie zrozumiem, chociaż mój angielski jest przecież całkiem na poziomie, że inni będą po szkołach lub z wieloletnim doświadczeniem.

W Nomie jest jednak inaczej – po przekroczeniu progu kuchni wszyscy stają się równi. To, co kto robił do tej pory nie jest ważne, wiadomo, że nikt nie znalazł się tu przypadkowo.

Sama kuchnia zorganizowana jest całkiem normalnie – każdy ma swoją stację, swoje obowiązki do ogarnięcia i zadanie do wykonania. Jesteśmy podzieleni na sekcje: sekcja 1, sekcja 2, przekąski, słodycze i produkcja.

Moim zadaniem na najbliższy tydzień jest obieranie ziemniaków. Ale nie jakiś tam zwykłych kartofli. Pewnie wiecie jak wygląda ziemniak pozostawiony zbyt długo w szafce – robią się na nim takie małe kulki, zaczyna kwitnąć. No więc, wyobraźcie sobie, co się dzieję z takim ziemniakiem, kiedy włoży się go na rok do ziemi – obrasta calutki tymi małymi kulkami i właśnie te kulki obieramy, czystą esencję ziemniaka.

noma2 usta

 

Minęło już pięć dni, od kiedy tu jestem i każdy dzień to absolutna magia. Bo mimo, że robimy rzeczy, które mogą wydawać się mało ciekawe (a wcale nie są!), jesteśmy świadkami magii, a każdy popołudniowy czy wieczorny serwis to okazja, żeby czegoś spróbować. Tak więc mam już za sobą testowanie mchu, wątróbki z żabnicy, fermentowanych śliwek, japońskich glonów, mrówki, która – przysięgam – smakuje tak jak ją opisał René w swoim dzienniku, czyli jest eksplozją cytrusowych smaków, od trawy cytrynowej po grejpfruta. Próbowałam też Æbleskivera – tradycyjnego duńskiego ciastka tyle, że w dzikim wydaniu. Robi się je na specjalnej patelni i zwykle podaje na słodko, właściwie to taki pączek ze słodkim dżemem. „Nasz” pączek robiony jest z ciasta z dodatkiem larw pszczelich, z nadzieniem z lubczyku, a do tego jest moczony w słonym sosie z pasikoników. Mistrzostwo!

Processed with VSCOcam with m2 preset

 

I piszę to ja – wegetarianka z ośmioletnim stażem! To prawda, że nie jem mięsa i taką też kuchnię staram się propagować, ale żaden ze mnie ortodoks i czasem, gdy mam ochotę na rybę lub owoce morza po prostu sięgam po nie. Za to nie tknę mięsa zwierząt czworonożnych ani ptaków, bo to już nie mieści się w moim światopoglądzie. Nie wiem, czy takie tłumaczenie jest Wam potrzebne, ale ja sama chyba chcę być fair wobec zainteresowanych.

Kolejny wspaniały tydzień przede mną! Na łączach!

 

 

tekst: Maria Przybyszewska, zdjęcie: Magazyn USTA

Sponsorem relacji z pobytu Marii Przybyszewskiej w Nomie jest HERMES, producent smakowych wód funkcjonalnych. www.hermes-amita.com.pl

Logo Hermes OK

 





comments powered by Disqus