JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
MIEJSCA

Alzacja po warszawsku


Mówią na nią Flammkuchen albo tartée flambée, w zależności od tego, po której stronie w odwiecznym niemiecko-francuskim konflikcie zdecydujemy się opowiedzieć. W jednym i drugim języku znaczy to samo: pieczona w ogniu. A dokładniej, cienko rozwałkowana tarta z ciasta chlebowego, wypiekana w kamiennym piecu, obowiązkowo posmarowana créme fraîche.
 
IMG_3078

Tradycyjnie, danie robione było tylko przez wiejskie rodziny, głównie po to, aby sprawdzić temperaturę pieca przed pieczeniem chleba. We Flambéerii tradycyjna jest tylko jedna pozycja w menu: flammkkuchen z créme fraîche, bekonem i cebulą. Cała reszta krótkiej karty, to wariacje na temat flambée. Na podpłomyku znajdziemy między innymi krewetki, hiszpańską chorizo, cukinię, ser kozi, a nawet kwiat lawendy. Jednak wszystkie te dodatki zdałyby się na nic, gdyby nie prawdziwy, kamienny, opalanym olchem i dębem, piec. Na szczęście we Flambéerii długo szukać go nie trzeba, bo stanowi centrum wnętrza, które jest jasne i surowe, jest drewno, no i są cegły.  Jednak ze względu na wystarczająco oryginalny koncept całości, możemy przymknąć na to oko. No i przy okazji pogratulować odwagi w stworzeniu kulinarnego novum, w niezwykle lubiącej powszechne trendy stolicy.

IMG_2977

Tekst: Dorota Ziółkowska, zdjęcia: Jarosław Roger Berdak/Flambeeria

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa