Redakcja

Ogień dnia codziennego

Życie polityka to nie pełna pasji i spisków przygoda. Ekscytacji i emocji lepiej szukać gdzie indziej. Można i w sportach ekstremalnych, i w zwyczajnych spotkaniach z ludźmi. Najważniejsze to być szczerym i dobrym, przekonuje Robert Biedroń, Prezydent Słupska. Wywiad z nim można przeczytać w 15 numerze naszago magazynu. Tu mała zajawka:

– 7/12/2017 –

 

 

 

Temat numeru, w którym ukaże się nasza rozmowa, to ogień. Od razu pomyśleliśmy o panu.

Nie wierzę, chyba mnie pani podpuszcza. Co ja mam wspólnego z ogniem? Jeśli by mnie pani zapytała, z którym żywiołem się utożsa- miam, to ogień byłby ostatni. Pani to specjalnie powiedziała, wiedząc, że ten ogień w ogóle do mnie nie pasuje. Pewnie chce mnie pani sprowokować, żeby mieć ciekawszy materiał. Muszę przemyśleć ten ogień. Lepiej przełóżmy tę rozmowę, żebym się lepiej przygotował [śmiech].

 

Przecież Robert Biedroń to obecnie najgorętsze nazwisko polskiej polityki. Trzeba mieć w sobie niezły płomień, żeby znaleźć się w miejscu, w którym pan teraz jest.

Pani mnie już wciąga w wywiad, a ja jeszcze nie wyszedłem z szoku, że mam być jakimś ogniem. Ale w sumie… słowo „ogień” ma wiele znaczeń. Koncepcja pikantnego wywiadu bardzo mi się podoba. A tak na serio – jestem tu, gdzie jestem, pewnie dlatego, że bardzo wcześnie zrozumiałem, że chcę przeżyć swoje życie godnie. Nie będę miał, jak w grze komputerowej, drugiej szansy. A żeby przeżyć życie godnie, muszę to zrobić na własnych warunkach, a nie na tych, które dyktują mi inni ludzie. W związku z tym muszę mieć w sobie to coś, co sprawi, że pójdę pod prąd i będę robić rzeczy nietypowe. Może to jest właśnie ten ogień? Wychowałem się na Podkarpaciu w rodzinie, w której był alkohol i przemoc. Mieszkaliśmy z dwoma braćmi, siostrą i rodzicami na trzydziestu ośmiu metrach kwadratowych. Dość szybko zrozumiałem, że jestem ateistą. Już samo to spychało mnie na margines lokalnej społeczności, a jeszcze do tego wszystkiego zacząłem odkrywać, że jestem gejem… W naszym regionie widywałem żubry, rysie, a nawet wilki, ale nigdy żadnego ateisty ani geja. Myślałem, że jestem jedyny na świecie. Było mi z tym wszystkim cholernie ciężko i wiedziałem, że jeśli czegoś nie zrobię, to czeka mnie bardzo mizerny żywot. A bardzo chciałem przeżyć życie tak, jak je sobie wymarzyłem.

 

Bardzo wysoki stopień samoświadomości jak na nastolatka.

Oczywiście zdarzały się chwile kompletnego załamania. Na szczęście, w moim domu było dużo książek. Najpierw czytała mi je babcia. Potem już sam pożerałem wszystko, co wpadło mi w ręce, zapisałem się do wszystkich bibliotek w mieście. I stąd wiedziałem, że inne życie jest możliwe, że gdzieś jest inny świat. W dzieciństwie często rysowałem rozmaite fantastyczne krainy. Można powiedzieć, że zawsze opracowywałem plany jakiejś lepszej rzeczywistości. Lepszej niż ta, która mnie otaczała. Myślę, że to wszystko się wydarzyło też dlatego, że jestem bardzo naiwny. Nie wiedziałem, że jak zrobię coś nietypowego, to za to oberwę. W związku z tym często robiłem rzeczy ryzykowne, czasem się oparzyłem, czasem nie, ale szedłem do przodu. Ta cecha bardzo mi pomaga do dziś, dzięki niej potra ę wiele osiągnąć. Jestem bardzo dumny ze swojej naiwności.

 

To raczej prostolinijność. Jest w tym wszystkim też wielka inteligencja i spryt.

To jest mieszanina różnych cech. Bardzo pomaga mi też inteligencja emocjonalna. Łatwo wchodzę w cudze emocje. Jak widzę, że ludzie pła- czą, to ja płaczę z nimi, jak się śmieją, to ja też. A gdy się denerwują, to ja też się denerwuję, ale szybko zaczynam łagodzić sytuację. Zostało mi to z dzieciństwa. Gdy ojciec przychodził pijany i lał moją matkę,to ja zawsze wchodziłem w to i próbowałem ich pogodzić: śpiewałem piosenkę, mówiłem wierszyk, rozśmieszałem ich, żeby tylko przestali się kłócić.

 

To wszystko brzmi jak spełniony sen psychoterapeuty. Czy pan w ogóle ma jakieś ciemne strony?

Oczywiście, na przykład w sytuacjach stresowych uciekam w słodycze, od których jestem uzależniony. W swoim gabinecie mam nawet tajną szu adę, gdzie ukrywam kokosowe batoniki. A przed chwilą zjadłem dwa pączki. Nie potra ę sobie z tym poradzić. Prowadzę zdrowy tryb życia – ćwiczę, nie palę, nie piję, ale słodyczami obżeram się na potęgę.

 

 

Ale to też jest taka sympatyczna ciemna strona.

Gdybym był, dajmy na to, alkoholikiem, też bym o tym opowiedział. Żeby iść do przodu, trzeba nazwać swoje problemy. Nauczył mnie tego Wiktor Osiatyński, który był dla mnie kimś w rodzaju mistrza. Dzięki niemu dużo rzeczy sobie uporządkowałem. U mnie, co w sercu, to na dłoni. A raczej na twarzy. Widać na niej wszystkie emocje. Nie poradziłbym sobie, gdybym całej swojej historii nie opowiedział światu. To daje mi duży komfort, bo nie muszę się kontrolować. Pamiętam sytuacje, kiedy to robiłem, ukrywałem przed kolegami swoją orientację seksualną, i to był najgorszy czas w moim życiu. Dlatego z niczym się już nie ukrywam. Polecam wszystkim takie wyjście!

Powiedział pan w pewnym wywiadzie, że politycy to ludzie, którzy, jak wszyscy inni, mają słabości. Palą, piją, biorą narkotyki, prowadzą za szybko. Czy pana też tak ma?

Chce pani, żebym odsłonił rzeczy, które spowodują, że PiS wygra następne wybory? Czemu pani chce mi to zrobić? [śmiech]. Oczywiście, że mam słabości. Każdy chce czasami zaszaleć i zrobić coś nietypowego. Z tym że mnie jest łatwiej, bo jak ktoś ma wielkie wartości moralne na ustach i umoralnia wszystkich dookoła, a później się okazuje – a tak najczęściej jest – że sam nie jest tym, który wskazuje jedynie właściwy kierunek, to jest problem. Ja staram się tego nie robić, a raczej pokazywać, że ludzie są tylko ludźmi. Mam ten komfort, że nie muszę się obawiać, że jak zrobię coś, co przekroczy normy prawne czy moralne, to zostanę zlinczowany.

W moich oczach polityk, który przeżywa chwile szaleństwa i potrafi się do tego przyznać publicznie, zyskuje na wiarygodności

Szaleństwo mnie kręci. Wszystko, co jest związane z przekroczeniem granic jest dla mnie ekscytujące. Mój Krzysiek [Krzysztof Śmieszek, partner życiowy Roberta Biedronia – red.] ma z tym ogromny problem. Bo ja ciągle mam pokusę, żeby robić rzeczy nietypowe. Nie tylko w życiu publicznym. Skaczę ze spadochronem, pilotuję samoloty, za chwilę będę latał szybowcem. Planuję też skok na bungee, ale obawiam się, że nie będzie to już tak ekscytujące. W ogóle uwielbiam rzeczy związane z lataniem. To pewnie przez ojca, który był skoczkiem spadochronowym. A kilka lat temu wziąłem udział w show „Kilerskie Karaoke”, gdzie przechodziłem jakiś dziwny tor przeszkód, śpiewając „Oops!… I Did It Again” Britney Spears. Żaden poseł by się nie odważył tego zrobić. A ja tak, bo to było czyste szaleństwo. Na maksa mnie kuszą takie rzeczy. To jest właśnie mój ogień! Mam w nosie, że jak będę zachowywał się niestandardowo, to ludzie mnie nie wybiorą. Mam jeszcze tysiąc innych rzeczy, które mógłbym robić w życiu. Mogę być skoczkiem albo wydawać książki, jak kiedyś. Albo skupię się na Instytucie Myśli Demokratycznej, w siedzibie którego teraz rozmawiamy. Zajmę się czymś innym niż polityka. Po prostu.

 

 

Ale wiadomo, że jak się jest osobą publiczną, to jakąś poprawność trzeba zachować.

Jaką? Obserwowałem polityków, którzy próbowali zachować poprawność i udawać kogoś, kim nie są i, w większości, bardzo źle skończyli. Pamiętam moją mamę, która, gdy dowiedziała się, że jestem gejem, powiedziała – „Tylko żebyś nigdy, nikomu tego nie mówił.” A kilka lat temu, chcąc mi dokuczyć – „Widzisz Robert, wszystkie twoje koleżanki i koledzy zrobili kariery, tylko nie ty. To dlatego, że rozgadałeś, że jesteś gejem.” A ja nie żyje po to, żeby zrobić karierę, ale po to, żeby mieć fajne życie.

Całość wywiadu do czytania w magazynie drukowanym. Do kupienia TU

 

Rozmawiała Karolina Rogalska, zdjęcia: Zuza Krajewska

 





comments powered by Disqus