Redakcja

Kanapka czy bowl?

Znają się od przedszkola, mieszkają w Trójmieście, o 7 lat razem tworzą  bloga Burczymiwbrzuchu. Właśnie opublikowały swoją pierwszą książkę kulinarną. Nam opowiadają o tym, jak powstawała i co same najchętniej jedzą o poranku. Rozmawiamy z Tosią Koło i Martą Śliwińską, autorkami „Śniadań”.

– 4/02/2018 –

 

 

 

Dlaczego śniadanie, a nie kolacja, obiad czy podwieczorek?

Prawie od początku istnienia bloga prowadziłyśmy na nim serię tematyczną „śniadanie do łóżka”, gdzie starałyśmy się pokazać nasze niekonwencjonalne pomysły na pierwszy posiłek dnia. Chciałyśmy zachęcić naszych czytelników do eksperymentów, ale też do wspólnych, weekendowych biesiad i długich pogaduch przy kawie, bo naszym zdaniem, o to właśnie w jedzeniu powinno chodzić. Dlatego, gdy nadarzyła się możliwość napisania książki, wybór śniadania na temat przewodni przyszedł nam naturalnie. „Śniadania” to też nasz debiut książkowy, a więc dobry początek do ewentualnych następnych publikacji. Oczywiście mówimy tu czysto hipotetycznie, bo na razie jeszcze w pełni żyjemy premierą obecnej książki.

 

Jedni lubią śniadania, słodkie, inni słone, jedni jedzą je wcześnie rano i na ciepło, jeszcze inni, wolą zjeść brunch, jak to jest u was?

Śliwka: Mówi się, że nie powinno się wychodzić z domu bez śniadania i całkowicie to wzięłam sobie do serca. Nie potrafię sobie przypomnieć dnia, w którym przekroczyłabym próg domu zapominając o posiłku, no chyba, że na ten posiłek jestem umówiona w mieście.

Śniadanie jem, gdy tylko wstanę. W 90% przypadków wybiorę kanapkę z mojego ulubionego żytniego chleba na zakwasie. Jedną na słono, jedną na słodko. Ponieważ jestem w ciąży, mam ostatnio bardzo mocne zachcianki na pomidory (że też zachcianki nie patrzą na sezonowość!). Układam więc na kanapce jak najwięcej plastrów i posypuję solą. Do tego oliwa i ocet balsamiczny. Kanapka na słodko to zwykle masło i miód spadziowy, albo twaróg ze Strzałkowa i powidło śliwkowe.

Odstępstwa od kanapki zdarzają się w soboty i niedzielę, gdy mam więcej czasu na gotowanie dla całej rodziny. Stawiamy wtedy na tosty francuskie, czy placuszki. Ostatnio hitem są placki z puree ziemniaczanego i twarogu, na słodko.

Tosia: Śniadanie jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia, nie tylko dlatego, że dodaje nam energii z rana. Jeśli jest smaczne daje nadzieję na udany cały dzień. Nie jestem przesądna, ale tej zasady pilnuję i zawsze staram się smakowicie rozpocząć poranek. Włączam muzykę, parzę espresso, otwieram lodówkę i rozpoczynam grę w śniadaniową ruletkę. Lubię bawić się w słodkie-słone, ciepłe-zimne, zatem menu się zwykle zmienia, zależy od pory roku, kaprysu i tego co znajdę w kuchni. Gdy brakuje czasu na eksperymenty powtarzają się puszyste omlety, zazwyczaj w różnym towarzystwie, ale bywały powtórki: guacamole + halloumi, twaróg + sezonowe owoce leśne duszone z rozmarynem. W weekendy z przyjemnością uderzam w gluten i cukier: brioszki, racuchy i naleśniki.

 

 

 

Ile śniadań jest w książce?

Książkę stworzyłyśmy w formie kalendarza warzyw i owoców sezonowych. Z każdego miesiąca wybrałyśmy 5 charakterystycznych produktów i potraktowałyśmy jako bazę do naszych śniadaniowych przepisów. Dlatego w książce można znaleźć 60 przepisów na śniadania na cały rok, dodatkowo kilka przepisów na napoje i szybki poradnik jak ugotować jajka w różnych formach.

 

Które są waszymi ulubionymi?

Szczerze, nie jesteśmy w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Starałyśmy się, aby stworzyć naprawdę pyszne propozycje. Mimo, że przepisy wymyślamy oddzielnie, tworzyłyśmy je w jednej kuchni i prowadziłyśmy długie dyskusje na temat każdego dania, a jedna drugiej starała się doradzić jak ewentualnie danie można udoskonalić.

Nasze gusta zmieniają się sezonowo, o różnych porach roku, mamy ochotę na różne potrawy śniadaniowe. Wiosną w pełni korzystamy z nowalijek, latem, z powodu upałów, mamy chcicę na owoce, a w okresie jesienno-zimowym postawiłybyśmy pewnie na jakiś rozgrzewający comfort food.

 

 

Mody na śniadanie się zmieniają – kiedyś były kanapki, potem szakszuki, dziś zdrowe owsianki, no i właśnie co jeszcze? Co dziś jest takim najmodniejszym śniadaniem?

Tworząc przepisy do książki starałyśmy się nie kierować trendami śniadaniowymi, a przede wszystkim dobrym smakiem. Nie da się jednak ukryć, że interesując się kulinariami chcąc, nie chcąc zwraca się uwagę na to co jest modne i podświadomie wpływa to na naszą pamięć kulinarną. Przypuszczamy, że miss nadchodzącego sezonu wiosna-lato 2018 będą wszelkiego rodzaju miseczki. Na salonach śniadaniowych błyszczeć będą Smoothie Bowl w pstrokatych barwach, udekorowane egzotycznymi owocami i chrupiącymi granolami, w wersji męskiej elegancki Buddha Bowl w liściaste, strączkowe i ziarniste wzory. Od kilku sezonów na topie wciąż jest kratka w postaci słonych i słodkich gofrów.

 

Był jakiś przepis, nad którym debatowałyście, czy w ogóle go w książce zamieszczać?

O dziwo nie miałyśmy takiego problemu, może dlatego, że obie mamy dosyć dobrą intuicję, takie kulinarne trzecie oko. Jesteśmy w stanie wyobrazić sobie smak potrawy i skomponować w wyobraźni wszystkie składniki idealnie do tego stopnia, że gdy próbujemy finalnego dania okazuje się, że smakuje tak jak miało, albo nawet jeszcze lepiej! Twardym orzechem do zgryzienia było raczej wybranie odpowiednich przepisów, bo pomysły się nie kończyły, ale wtedy musiałybyśmy wydać księgę śniadaniową, a nie poręczną książkę.

 

Dużo pracujecie w duecie, zdarza wam się spierać?

Oj, robimy to dość często. Mamy różne charaktery, często się ścieramy, ale jako, że znamy się już ponad 20 lat a wspólnego bloga tworzymy od 7, nauczyłyśmy się sztuki kompromisu. Gorącym tematem nie były same potrawy, ale raczej zdjęcia. Robiłyśmy je same, każda miała inną wizję swojego dania. Na etapie składania materiału pojawiła się niezła burza mózgów, chciałyśmy, aby wszystko było spójne i dobrze wyglądało.

Najtrudniejsze były poprawki, gdy okazywało się, że jakieś zdjęcie trzeba poprawić, nikt nie chciał wyrzucać do śmietnika swojej pracy i zaczynać od nowa. Na szczęście ostateczny efekt był akceptowany przez wszystkie strony.

 

 

 

Jak dzielicie sie pracą?

W najprostszy z możliwych sposobów – każda sobie rzepkę skrobie. Przepisami dzieliłyśmy się na pół – miałyśmy do wymyślenia i sfotografowania po 30 dań. Najciężej było się podzielić składnikami, bo ustaliłyśmy, że każdy pojawi się tylko raz. A wiadomo, każdy chce dostać truskawki, ale może niekoniecznie seler czy korzeń pietruszki. Jednak i tu szybko udało nam się dojść do porozumienia.

 

To wasza pierwsza książka i pewnie duże emocje: gdzie realizowałyście zdjecia, ile czasu trwała produkcja książki?

Faktycznie, to duże emocje, bo nie ukrywamy, że o napisaniu książki marzyłyśmy od dawna. Jak zaczęłyśmy pracę, nie mogłyśmy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że te dania i te zdjęcia, które właśnie robimy, wylądują ostatecznie na papierze.

Na co dzień, na bloga, zdjęcia i potrawy tworzymy oddzielnie, w osobnych kuchniach. Ponieważ bardzo zależało nam na tym, aby tym razem zachować spójność i przy okazji mieć możliwość spróbowania i wypowiedzenia się na temat każdego z dań, postanowiłyśmy zmienić taktykę. Miałyśmy to szczęście, że znajomi pozwolili nam zakotwiczyć w swoim pięknym domu na Kaszubach, z w pełni wyposażoną kuchnią, urządzoną w klimatach retro. Nie dość, że sam domek dawał mnóstwo możliwości zdjęciowych, to jeszcze otaczały nas drewniane domki, łąki, jezioro, pomosty i las. A do tego wszystkiego prawie nie miałyśmy zasięgu i Internetu, czyli warunki do pracy idealne!

Wstawałyśmy rano, gotowałyśmy i fotografowałyśmy aż do ostatniego promienia słońca, a później, zmęczone jak diabli, siadałyśmy przy winie i godzinami dyskutowałyśmy. To był owocny czas nie tylko dla książki, ale też dla naszej przyjaźni, która czasem gdzieś potrafiła się zgubić w kontaktach służbowych.

Odbyłyśmy kilka takich parodniowych podróży w różnych porach roku, aby w pełni skorzystać z sezonowych składników. Zaczęłyśmy w kwietniu, skończyłyśmy we wrześniu, ale najwięcej czasu zajęło nie gotowanie, czy fotografowanie, ale mozolne, najmniej pasjonujące spisywanie przepisów.

 

Z jakimi rekacjami na książkę się spotykacie?

Usłyszałyśmy i przeczytałyśmy tyle apetycznych słów, że gdyby każdy komplement był miodem na nasze uszy, uzbierałybyśmy już cały słoik. O wydaniu wspólnej książki na podstawie bloga marzyłyśmy już od wielu lat, każda pozytywna reakcja jest dla nas cenna. Niezwykle nas cieszą zdjęcia potraw i wypieków, które zostały już przetestowane przez czytelników, podglądamy je z wypiekami na twarzy np. na Instagramie. Chyba najprzyjemniejszym dla nas momentem było spotkanie autorskie, w trakcie którego podpisywałyśmy książki. Przez chwilę martwiłyśmy się, że przyjdą tylko nasi znajomi. W rzeczywistości kolejka do nas się nie kończyła, a możliwość porozmawiania z czytelnikami w realu była dla nas miłym doświadczeniem i ciekawym kontrastem dla blogowania w świecie wirtualnym.

 





comments powered by Disqus