Redakcja

Warzywa ze wsi Warszawa

Do Tadzinka, gospodarstwa państwa Majlertów i Zielińskich, dojeżdżam ulicą Marywilską; to wciąż jeszcze Warszawa, ale już wygląda jak wieś. W dawnej stodole, która jest dzisiaj sklepikiem, pełno ludzi. Zaczął się sezon na szparagi.

– 28/04/2018 –

– Chce pani zobaczyć, jak rosną? – pyta Ludwik Majlert. Pewnie, że chcę. Wychodzimy w pole. – Te chude, wysokie sadziliśmy przed rokiem; tu obok są dwuletnie. Jeszcze ich nie zbieramy, niech rosną, pod ziemią musi się wytworzyć silna wieloletnia karpa. Ścinamy dopiero trzyletnie i starsze.
Schyla się, wyłamuje dorodny zielony pęd, ociera go o spodnie. Spróbuje pani? Jasne. Ocieram swojego szparaga o płaszcz. Smakuje jak groszek cukrowy, jest chrupki i soczysty.

 

Rozglądam się po polu. Poza szparagami i uprawami przykrytymi białą włókniną na razie niewiele się dzieje. Ale kiedy 15 czerwca sezon szparagowy się zakończy, na polu wyrosną już kalarepa, fenkuł, fasola, cukrowy groszek i bób, buraki, cykoria i endywia, zioła, kwiaty cukinii i malutkie młode cukinki; być może karczochy.
– Przejdźmy do stróżówki, tam porozmawiamy. Tak, mieszkamy w dawnej stróżówce, wie pani, to awans, bo ja urodziłem się w czworakach, a teraz już stróżówka, kto wie, co mnie jeszcze czeka – śmieje się Majlert. Tu, w Tadzinku, gdzie teraz mieszkają, był przed wojną dwór, a właściwie taki dworek letniskowy, drewniany. Po wojnie zostały zgliszcza. – Potem, w latach 70., nastąpiły wywłaszczenia, Tadzinek nam okroili i przecięli na pół ulicą Marywilską, a siedlisko gospodarstwa (dom i zabudowania) zostało zburzone. Wyprowadziliśmy się wtedy na Bródno – wspomina. – Ale zie- mi nie sprzedaliśmy. Zresztą ta Marywilska wcale nie okazała się taka zła. To przecież dzięki niej klienci mogą łatwo dojechać po warzywa.

 

Perypetie przodków

Szparagi w gospodarstwie Majlertów pojawiły się na początku XX wieku. Historia tych warzyw to część historii rodziny. Ale nie cała. – To, co wiem o przodkach, zawdzięczam babci, która miała niezwykły dar opowiadania – mówi Ludwik Majlert – oraz stryjowi Witoldowi, który pozostawił po sobie „Historię rodziny Maylertów-Majlertów”. Stryj jest też autorem „Domu mojego dzieciństwa”, opowieści o domu w Marcelinie spisanej wierszem, trzynastozgłoskowcem.
Maylertowie Polakami zostali z wyboru. Majster rymarski Karol Ludwik Meylert przybył do Polski pod koniec XVIII wieku, w Warszawie się ożenił i już tu pozostał. W kronikach miasta ważne miejsce zajmują jego synowie: Jan Wilhelm Fryderyk w wieku 29 lat został współwłaścicielem Fabryki Wyrobów Platerowanych Norblina; pracował nad udoskonaleniem metody galwanizacji srebrem. Do Henryka, zamożnego kupca, należały składy sukna przy ul. Senatorskiej oraz duży majątek Cisie w okolicy Garwolina.

 

 

Henryk nie miał dzieci, postanowił zatem zostawić Cisie jednemu z bratanków. Być może myślał o swoim imienniku Henryku, ale ten był inżynierem komunikacji, budował koleje w Rosji, publikował prace z dziedziny fizyki i matematyki – jego książka „Essai Sur Les Éléments De La Mécanique Des Particules” (1897) jest w rodzinie Majlertów do dziś. Sporą część życia spędził w Szwajcarii i raczej nie widział się w roli Polaka ziemianina. W grę wchodził zatem starszy bratanek Wilhelm. Młody, dwudziestokilkuletni zaledwie chłopak dobrze przygotował się do pracy na roli. Ukończył studia w Akademii Rolniczej w Prószkowie na Śląsku (Landwirtschaftliche Akademie Proskau), praktykował w Poznańskiem, wreszcie zdobywał doświadczenie jako zarządca majątku Hennenbergów w Wawrzyszewie. Był wymarzonym kandydatem do przejęcia gospodarstwa. Niestety, kiedy ów chodzący ideał zaczął wyłuszczać stryjowi swoje pomysły na unowocześnienie majątku, stary Henryk stanął okoniem. Nie widział potrzeby wprowadzania dziwacznych nowinek.

 

 

Na carski stół

I stary, i młody byli równie uparci. W efekcie Henryk zmienił zapis w testamencie i przekazał Cisie na cele dobroczynne, a Wilhelm pożyczył pieniądze i 10 lat przed śmiercią stryja nabył Marcelin (w papierach: Aleksandria vel Marcelin Stary), kompletnie zrujnowany 134-hektarowy folwark nieopodal Warszawy. Zaczynał praktycznie od zera, ale już po paru latach gospodarstwo kwitło. Przeprowadził meliorację i przygotował glebę pod uprawę. Na początku było zboże, ale wkrótce rynek opanowało tańsze, sprowadzane z Ameryki i Rosji. Wtedy zaczął hodować krowy i dostarczać butelkowane mleko do Warszawy. – Dawno temu spotkałem pewną wiekową panią, która gdy usłyszała moje nazwisko, powiedziała: „Majlert? Znam! To ten od mleka!” – mówi Ludwik.

Mleko przynosiło dochód, jednak niewystarczający. Wilhelm Meylert zaczął więc na części gruntów, mniej więcej na 8 morgach, uprawiać szparagi. Dostarczał je do Sankt Petersburga, niewykluczone, że trafiały i na carski stół. – W zasadzie tymi szparagami bardziej zajmowała się już wtedy żona Wilhelma Zofia – mówi Ludwik Majlert.

– On sam przeprowadził się do stolicy, byli z Zofią takim małżeństwem na odległość. W Warszawie prowadził wykłady, współ- pracował z ministerstwem rolnictwa, pisał artykuły do „Gazety Rolniczej”. Zajmował się też dobroczynnością, był społecznikiem, a za zasługi dla polskiego rolnictwa odznaczono go Krzyżem Oficerskim Polonia Restituta. Gospodarstwo w Marcelinie przejęli później i rozwijali jego synowie Witold (jego syn, również Witold, spisał potem wspomnianą historię rodziny) i Zdzisław, któremu przypadła część folwarku zwana Tadzinkiem. Czyli dokładnie to miejsce, gdzie dziś mieszka i pracuje Ludwik Majlert z rodziną i gdzie warszawiacy wiosną przyjeżdżają po szparagi, a jesienią po dynie. Zdzisław był absolwentem ogrodnictwa UJ, potrafił się więc zająć gospodarstwem. Założył sad i ogrody, a prowadził je na tak wysokim poziomie, że do Tadzinka przyjeżdżali na praktyki studenci nie tylko z Warszawy, ale też z Wilna, Poznania, Krakowa i Lublina.

 

Niepokonani

A potem nadeszła II wojna światowa. Przez jakiś czas jeszcze gospodarstwo działało, wielu ludzi wypędzonych z Warszawy zna- lazło tu schronienie i pracę. Jednak w 1944 roku wysiedlono i Zdzisława, a przez tereny gospodarstwa przeszedł front. Choć Majlert wrócił do Tadzinka najszybciej, jak się dało, zastał już tylko zgliszcza. Nie zdążył odbudować gospodarstwa – zginął w grudniu 1944 roku. Henryk Majlert, starszy syn Zdzisława, późniejszy gospodarz na części Marcelin- -Rysiny, zastał majątek w kompletnej ruinie. Budynki spalone do fundamentów, w ogrodzie trupy końskie i ludzkie, drut kolczasty, miny, niewypały. „Sadu owocują- cego pozostała 1⁄3, krzewów 1⁄2, rabarbaru 2⁄3. Z młodego sadu została dziesiąta część. Bez uprawy wiosennej nigdzie siać nie można, bo pole jest zryte lejami i zjeżdżone czołga- mi, świerki wszystkie ustrzelone, zostało z połowy coś przy ziemi”. Były też okopy, ale to akurat Majlert uznał za korzystne: „Pocieszające jest to, że w bunkrach jest jeszcze kilkadziesiąt wozów drzewa, co umożliwi odbudowę”, pisał, przygotowu- jąc się do protokołu lustracyjnego, dzięki któremu miał nadzieję otrzymać pożyczkę w Spółdzielczym Banku Ogrodniczym. Synowie Zdzisława Majlerta podzielili między siebie resztki gospodarstwa. Henryk dostał Rysiny, Jan – Tadzinek. Ich rodziny pozostały tam do dziś. W niespełna 10-hektarowym Tadzinku gospodarują Ludwik z żoną Jolą i córkami oraz Magda (siostra Ludwika) i Witold Zielińscy, też z córkami. Do nich właśnie warszawiacy przyjeżdżają po szparagi, sałatę, karczochy, dynie. Z ko- lei do położonych nieopodal, mniej więcej 15-hektarowych Rysin Zdzisława i Elżbiety Majlertów jeździ się po pomidory, warzywa, kwiaty, truskawki. Także i tu współgospodarzą dzieci – córka Ania i syn Andrzej, oboje po studiach rolniczych. Oba gospodarstwa po wojnie odrodziły się, odbudowały, ich właściciele stanęli na nogi. W historię rodziny Majlertów problemy są wpisane. Po wojnie musieli jeszcze poradzić sobie z przebijaniem ulicy Marywilskiej i wywłaszczeniami, kiedy akurat ich ziemia potrzebna była pod budowę Fabryki Ele- mentów Budowlanych „Faelbet”. – Spadały na nas kolejne plagi, a my wciąż jakoś sobie z nimi radziliśmy – mówią zgodnie Jola i Ludwik.

 

Przecier przy okazji

Ludwik jest absolwentem Wydziału Ogrodniczego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, jego specjalizacja to fitopatologia. Zaraz po studiach wyjechał do Londynu, aby odwiedzić przyjaciela. – Pracowałem na zmywaku, a w wolnym czasie uczyłem Anglików jeździć na nartach na takiej sztucznej górce jak nasze Szczęśliwice – opowiada. W Anglii zastał go stan wojenny. – Gdy w styczniu 1982 roku wsiadałem do samolotu do Warszawy, na pokładzie było tylko dwoje pasażerów, ja i pewna starsza pani. Ludzie bali się wracać, ale ja wiedziałem, że czeka na mnie gospodarstwo.

Gdy po powrocie przejął Tadzinek, począt- kowo zajmował się nasiennictwem, dopiero potem zaczął wprowadzać na warszawski rynek niepopularne w siermiężnych ko- munistycznych czasach warzywa, między innymi słodką kukurydzę i szparagi.

– Wiele rzeczy wychodziło bez specjal- nego planu, jakoś przy okazji – opowiada Majlert. – Na przykład przeciery pomido- rowe. Uprawiałem pomidory na nasiona, więc po oddzieleniu pestek pozostawała mi pomidorowa pulpa, fantastyczna w smaku, bo te pomidory może i nie były ładne, za to przepyszne. Więc co miałem robić, wylewać? Błyskawicznie się rozeszło, że można się do nas zgłaszać po ten przecier, stały kolejki ludzi z plastikowymi wiader- kami albo z pięciolitrowymi pojemnikami po wodzie. Potem zaczęliśmy robić zapisy. We wtorek uruchamialiśmy przecieraczkę, więc w tygodniu poprzedzającym sprzedaż ludzie dostarczali nam podpisane pojem- niki do sklepiku; to wprowadziło jakiś porządek. Ale i tak ludzie dzwonili, przy- jeżdżali, bo może jednak coś się uda jeszcze zorganizować…

Dziś Majlertowie z Tadzinka i Rysin nie muszą nigdzie wozić swoich warzyw, ludzie przyjadą sami z najdalszych okolic War- szawy. Ludwik lubi eksperymentować; okazało się, że w Polsce można z powo- dzeniem uprawiać znane z rejonów Morza Śródziemnego fenkuły i karczochy, udaje się rukiew wodna i chiński pak choi. Pani Jola wpadła na pomysł, by uczyć klientów, jak przyrządzać to, co jeszcze mało znane, dlatego w sklepiku zawsze są karteczki z przepisami.
Już od paru lat w październiku Majlertowie zapraszają do siebie na Dzień Szabrownika. Goście mogą zabrać do domu wszystko, co zostało na polu, nic się nie marnuje. Po październikowych przymrozkach część warzyw traci wygląd i zbiór staje się nieopłacalny, a w sklepiku, w nieogrzewanej hali, nie daje się wytrzymać z zimna. Zbieranie z reguły kończy się imprezą przy ognisku i wspólnym grillowaniem warzyw. „Szabrownicy” chętnie dorzucają coś do wspólnego stołu, butelkę wina czy kawałek domowego ciasta. Już podczas pierwszego Dnia Szabrownika w Tadzinku pojawiło się dwieście osób – a co roku liczba chętnych rośnie.

 

Mistrzowie w każdym calu

Koniec października, początek listopada to zamknięcie sezonu. Przerwa potrwa mniej więcej do końca lutego. – Dla mnie to układ idealny, mamy wolny czas akurat wtedy, kiedy zaczynają się narty. W mojej rodzinie jeżdżą wszyscy, ja i żona jesteśmy instruktorami, nasze córki i zięć tak samo. Z Jolą poznaliśmy się w Szczyrku, na nartach właśnie. A Elżbieta, żona mojego brata Zdzisława z Rysin, była w latach 70. mistrzynią Polski. Ale teraz, wiosną i latem, nie myślą jeszcze o nartach. – Wstajemy bladym świtem, żeby dostarczyć warzywa z pola do sklepiku. Pracuje z nami zaprzyjaźniona ekipa ukraińska, dziesięć osób, które lubimy i znamy już od lat. Dobrze, że przyjechała pani dzisiaj, kiedy w polu jest zbyt mokro, aby siać czy sadzić, inaczej nie miałbym chwili, żeby pogadać. Gdyby na inspekcję wpadł prapradziadek Wilhelm Karol Meylert, ten wydziedziczony uparciuch, który w 1878 roku nabył folwark w Marcelinie, pewnie byłby dumny. Wszystko idzie jak w zegarku. Czy to znaczy, że problemy się skończyły? – Ależ skąd, były, są i pewnie będą – mówi Jola Majlert. – Niemoc wobec przepisów i urzędników to ogromny stres dla Ludwika, który z urzęda- mi i papierami walczy od lat.

– Obecne granice gospodarstwa nijak się mają do rzeczywistych. Nigdy nie pasowa- liśmy urzędom do planów zagospodarowania, wiecznie byliśmy skazani na likwidację – dodaje Ludwik. – Stąd chodnik na części działki, słupy wysokiego napięcia na polu i Wodociąg Północny pod ziemią. Wszystko w zgodzie z literą prawa, co z tego, że bez sensu?

Gospodarstwo czy most?
Teraz wisi nad nimi budowa trasy mostu Marii Skłodowskiej-Curie. – Plany istniejące od lat 70. zakładają, że pójdzie równo przez środek naszego gospodarstwa. Jeśli miasto zacznie je realizować, uprawa pewnie nie będzie już możliwa. Ale nawet tych resztek ziemi nie oddamy pod supermarket czy stację benzynową – zapewniają Majlertowie. – Zawsze przecież możemy pozostawić sobie sklepik i sprzedawać w nim warzywa. Możemy też robić coś zupełnie innego. Co na przykład? – Nieważne. Jak przyjdzie czas, coś się wymyśli. Teraz nie ma sobie co głowy zawracać. Może to w ogóle będzie problem wnuków, nie nasz?

 

Gospodarstwo Majlertów

WARSZAWA, Wyspiarska 45

UWAGA! Teraz możmy przeciwstawić się planom zlikwidowania Gospodarstwa Majlertow i złożyć uwagi do planu zagospodarowania tej części miasta —->

https://warszawa19115.pl/-/skladanie-uwag-do-projektow-miejscowych-planow-zagospodarowania-przestrzennego

Tekst Inka Wrońska, zdjęcia: Krzysztof Kozanowski





comments powered by Disqus