Redakcja

Wspinaczka na meblościankę

Z kryminałów przerzucił się na komedię narodowo-romantyczną. Nikt z taką lekkością jak on nie mówi o polskich obsesjach i lękach. Z jednym z najzdolniejszych pisarzy młodego pokolenia, Zygmuntem Miłoszewskim, rozmawiamy o pamięci społecznej, mieszaniu pomidorówki i feminizmie.

– 5/04/2018 –

 

Od twoich książek trudno się odessać. Przeczytałam je wszystkie w trzy tygodnie, zarywając noce i obowiązki. Są świetnie napisane, inteligentne. Zszokowały mnie natomiast opisy kobiet – bardzo seksistowskie.

Piszę od dwunastu lat i mam wrażenie, że z książki na książkę się zmieniam. Jako autor i jako człowiek. Jakiś czas temu ktoś dokonał analizy mojej twórczości, żeby udowodnić, że jestem pisowcem. Moja żona mówi, że nawet jak jestem feministą, to jestem seksistowski. Ale tak naprawdę mój feminizm, choć powoli, cały czas się rozwija. Sam siebie wychowuję. Wykonuję tę pracę bardzo świadomie, na przykład pisząc feministyczne powieści, w których głównymi postaciami są kobiety. Robię to, bo nie chcę wpaść w koleiny samczej, szowinistycznej narracji. Jak dziesięć lat temu pisałem „Uwikłanie”, wydawało mi się zabawne, że mój bohater jest seksistowski. Że to taka naturalna funkcja męskości. Dopiero później się dowiedziałem, że przemoc bierze się z rechotu i nie ma czegoś takiego jak śmieszny seksizm. Aby znaleźć się w tym punkcie, przebyłem długą drogę. Pochodzę z bardzo tradycyjnej, patriarchalnej rodziny, w której uprzywilejowaną pozycję gwarantowało posiadanie wąsów i auta.

 

To znaczy?

Mój ojciec mówił o sobie wprost, że jest panem i władcą. Przemocy zycznej u nas nie było, ale była na pewno jakaś forma dyskryminacji psychicznej i ekonomicznej. Czyli mężczyzna zarabia i to mu daje władzę oraz prawo decydowania o wszystkim. Ojciec też skądś przejął te wzorce. Pochodzi z biednej, wielodzietnej rodziny z Pułtuska. Jako uczeń szczególnie uzdolniony skończył szkołę w wieku 16 lat i wyjechał na studia do Warszawy. Od tej pory musiał sobie radzić sam. Zresztą droga jego rozwoju była jeszcze bardziej wyboista niż moja. O historię jego życia wypytałem go szczegółowo, gdy robiłem dokumentację do mojej ostatniej książki. To były fantastyczne rozmowy, zupełnie nie rozumiem, czemu wcześniej z nim o tym nie pogadałem. Akcja „Jak zawsze” dzieje się w Warszawie lat 60. Mój ojciec miał wtedy dwadzieścia parę lat.

 

 

 

Co tam robił?

Był złotym dzieckiem systemu, który zresztą umożliwił mu społeczny awans. Ideowiec, bardzo wierzył w to, że zmienia świat na lepsze. Wszedł we wszystkie PRL-owskie organizacje studenckie, potem był „z zawodu kierownikiem” kolejnych domów wczasowych i uzdrowisk. Dopiero w latach 70. rzucił legityma- cją partyjną. Chciał wziąć ślub kościelny i wezwano go na dywanik. Powiedział władzom: „Cała wasza partia nie jest warta jednego uśmiechu mojej żony”. I wyszedł. Potem został prywaciarzem i świetnie sobie radził, ale w dobie transformacji lat 90. zostaliśmy bez środków do życia. I wtedy mój ojciec postanowił, że czas na zmiany. A był tuż przed sześćdziesiątką. Zrobił drugi fakultet – psychologię na UW – i otworzył gabinet psychoterapeutyczny. Dziś ma prawie osiemdziesiąt lat, wciąż pracuje i świetnie mu idzie. Zawsze miał oła na punkcie psychologii. To typ człowieka, który wierzy w porządek świata. Że to wszystko ma jakąś strukturę i sens. Uważa, że na każde pytanie można znaleźć odpowiedź. W przeciwieństwie do mnie, bo mnie wystarcza zadawanie pytań.

 

Dziś ojciec jest feministą?

Tak deklaruje. On sam, dzięki pracy nad sobą, bardzo się zmienił. Ale wciąż gdzieś jest tamtym jaskiniowym sobą. W sferze relacji damsko-męskich reliktem minionej epoki. O co nie mam do niego żalu, bo to są różnice pokoleniowe. Nie do przeskoczenia. Coś w stylu Frasyniuka pozdrawiającego ludzi na protestach tekstem: „Szanowni panowie i prześliczne panie”. Ojciec jest bardzo inteligentnym człowiekiem, ale wychowywanym w tradycyjnej rodzinie, sam tworzył podobną. Pewnie już szczebelek wyżej w stronę równouprawnienia, ale to głównie dlatego, że pozycja kobiety też już w jego czasach była inna. Polska w latach 60. to nie była Francja czy USA, gdzie poradniki dla żon mówiły, żeby robić mężowi laskę, jak wraca z pracy, i o nic nie pytać. U nas wojna znacznie przetrzebiła populację mężczyzn, w związku z czym kobiety musiały dawać sobie radę same. Dlatego nasza „Przyjaciółka” czy „Kobieta i Życie” były bardzo do przodu, w stronę feminizmu. Wiem, bo mam mnóstwo numerów z lat 60.

 

 

Czyli można powiedzieć, że to społeczeństwo się zmienia, a nie jednostka? Twoi bohaterowie w „Jak zawsze” cofają się w czasie o 50 lat. Mają szansę, by jeszcze raz przeżyć życie, a i tak organizują je prawie tak samo jak za pierwszym razem.

Tak, ludzie niewiele się zmieniają. Ale mogą nad sobą pracować i wtedy ich dzieci obserwują już trochę innych rodziców niż oni sami. Te zmiany rzeczywiście zachodzą bardzo powoli. Dlatego mnie psychologia za bardzo nie interesuje. Uważam, że ludzie są pod względem potrzeb bardzo podobni do siebie. Każdy z nas chce mieć fajne życie, bezpieczne i wesołe. Lubimy zjeść coś dobrego, czasem się z kimś bzyknąć i nie chcemy być samotni. Tu nie ma jakichś większych zagadek. Mnie interesuje społeczeństwo. To, jak ono nas określa. Jak się de niujemy przez przynależność do jakiejś grupy. Czy to jest grupa „my, Polacy”, „my, warszawiacy”, czy „my, kibice Legii”. Zmiany społeczne są bardzo dynamiczne. Przecież dzisiejsza Polska jest zupełnie inna niż ta z lat 20. czy 90. I nie chodzi o rozwój technologiczny, ale właśnie o relacje społeczne.

 

Rozmawiała Karolina Rogalska, zdjęcia Artur Wesołowski, stylizacja Marcela Stańczyk

CIĄG DALSZY ROZMOWY do czytania w USTACH drukowanych. Do kupienia TU

 

 





comments powered by Disqus