Redakcja

Serce na widelcu

Joannę Kulig, jedną z najbardziej wziętych aktorek młodego pokolenia, namówiliśmy do zagrania roli specjalnie dla Ust. Podczas naszej sesji wcieliła się w postać kobiety uwodzonej kulinarnie, karmionej smakołykami przez kochanka. A w rozmowie wróciliśmy też do czasów, kiedy jej dziadkowie uporawiali pole, tata piekł chleb w piecu, a ona lubiła proste smaki pomidora, agrestu, ogórka.

– 29/05/2018 –

No i zostałaś nakarmiona…

Oj tak. Muszę powiedzieć, że to trzymanie widelca w ustach było trochę męczące.

 

 

Na zdjęciach wygląda świetnie!

Wolę jeść naprawdę niż do zdjęć. Pamiętam sytuację z planu lmu „Sponsoring”, kiedy z Juliette Binoche, śmiejąc się, jemy makaron. Na początku to było zabawnie, ale przy kolejnych dublach, a zrobiłyśmy ich chyba z 18, już coraz mniej.

 

Czemu aż tyle?

Bo to, bo tamto, bo raz coś ze światłem, a raz z grą, a to z kadrem, a to jakieś przeostrzenie.

 

I co wtedy?

No nic, trzeba jeść i tyle. Gdy gram, zapominam o fizjologii. Kiedyś w teatrze w „Śnie nocy letniej” musiałam zjeść tabliczkę czekolady. Robiłam to bezwiednie, bo to jedzenie na scenie to takie niejedzenie, tylko element gry. Niezauważalny. Po spektaklu i tak musiałam coś przekąsić.

 

Jadasz po spektaklu? To przecież środek nocy?

E tam! To wciąż więcej niż dwie godziny przed snem. Bo zanim się wyciszę, żeby móc zasnąć, to już jest dwunasta czy pierwsza w nocy. Tak mam, że regularnie co dwie godziny muszę jeść. Jestem osobą tak energiczną i tak dużo pracuję, że jak nie zjem, to słabnę. Na planie mam zawsze taki swój woreczek z jedzeniem.

 

Emergency kit! I co w nim?

Przede wszystkim gorzka czekolada. Ostatnio do kuchni przy sali prób w teatrze Ateneum, kiedy ćwiczyliśmy do „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, przyniosłam połowę zawartości mojej lodówki: suszone owce, kawałek indyka, kozie sery, herbatę. Przychodzę do teatru, ćwiczę dwie godziny i muszę coś zjeść!

 

 

A bufet teatralny?

Też, ale zazwyczaj nie ma czasu na zamawianie i czekanie. Woreczek się wtedy sprawdza. W ogóle muszę ci powiedzieć, że lubię jedzenie.

 

Podoba mi się to stwierdzenie. Byłaś łasuchem w dzieciństwie?
Jasne! Potrafiłam zjeść obiad w szkole, potem obiad w domu. Obiad mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację! Ciepłe jedzenie to mój ulubiony posiłek. Zdarza mi się zjeść zupę na śniadanie.

 

Rodzice się nie martwili, że będziesz za gruba czy coś….?
Nie. Ja zawsze byłam bardzo chuda, mimo tych pochłanianych ton jedzenia.

 

Pochodzisz z Muszynki, z południa, z gór. Górale to mocne charaktery i charakterystyczna kuchnia.

U nas nie mówi się góralka, tylko laszka sądecka (śmiech)… albo góralka błotna.

 

Co się u was w domu jadało?

Mój mąż się śmieje, że w Muszynce obiad podaje się o godzinie 11. Każdy z nas, a jest nas pięcioro rodzeństwa, lubi coś innego, więc moja mama gotowała na życzenie, dla każdego coś innego.

 

 

Bardzo była wyrozumiała. A czego ty nie lubisz?

Kapuśniaku i zupy grochowej, za wyjątkiem takiej robionej w wielkich wojskowych kotłach.

 

Tylko dwóch potraw nie lubisz? Nie wierzę!
Serio. Jestem bardzo łatwą osobą do żywienia. Prawie wszystko mi pasuje i lubię próbo- wać nowych rzeczy. Ale i tych dobrze znanych, jak: kluski lane, naleśniki, żurki, bigosy, ko- tlety schabowe. Całą polską kuchnię uważam za wspaniałą. A jak już moja mama gotuje, to jest najlepiej. Staram się ją naśladować, ale jeszcze mi tak dobrze nie wychodzi. Zawsze byłam jej pomocnikiem w kuchni i nadal tę funkcję najbardziej lubię.

 

To jest drugoplanowa rola.

Tak. Ja nie lubię wieść prymu w kuchni.

 

A na scenie?

Chyba jedno i drugie. Zamiennie. Pierwszoplanowa rola to ciężka praca. Po „Pamiętniku pani Hanki”, na podstawie powieści Dołęgi-Mostowicza, w Teatrze Telewizji, w którym zagrałam główną rolę, zrozumiałam aktorów, którzy czasem zamykają się w sobie, odchodzą na bok. Bo tak są skoncentrowani. Czasem mi się ktoś wydawał gburowaty, a teraz już rozumiem, że to koncentracja, praca, rozłożenie sił.

 

Podobno lubisz grać zgodnie z metodą Stanisławskiego, czyli bazując na realizmie psychologicznym postaci.
Nawet pracę magisterską o tym napisałam. Ale teraz to Czechow jest mi bliższy, czyli zadawanie pytań do postaci, gest psychologiczny. Stanisławski to bardziej pamięć emocjonalna. Te dwie szkoły się zazębiają. Ale Czechow twierdził, że jednak rolę trzeba oddzielać od życia.

 

Jaką pracę musisz wykonać, żeby poczuć rolę, która w pierwszym momencie wydaje ci się trudna?
Na przykład kiedy debiutowałam w filmie „Środa, czwartek rano”, grałam dziewczynę chorą na białaczkę. Musiałam schudnąć kilka kilo. To też bywa formą przygotowania do roli. Ale też kostium, odpowiednie ubrania, które wkładam przed próbą czy wejściem na plan filmowy. Zobaczyłam takie ciężkie buty, czułam, że to jest to, że one mi pomogą wejść w rolę.

 

Ciekawe, co mówisz, o tym szukaniu prawdy postaci. Teraz w gastronomii też szuka się prawdy produktu, autentyczności.

To bardzo mi bliskie podejście. Lubię prostotę. Agrest, pomidor. To czysty smak, samo słońce. Nie potrzeba nic więcej. W liceum mieszkałyśmy w internacie i koleżanka przywoziła nam świeże ogórki. Od siebie z domu, spod Nowego Sącza. Ich ogórki rosły jeszcze w ziemi, nie na jakiejś wacie w szklarni. Jadłyśmy je razem na kanapkach. Nigdy nie zapomnę tego smaku. Był doskonały. Chleb, masło, ogórek, sól. Rewelacja!

 

Teraz wracamy do takich podstawowych smaków.

Ty mi to mówisz? Na naszej sesji to nie były takie proste rzeczy. Raczej dziwne połączenia, zaskakujące, do których trzeba się przyzwyczaić, oswoić z nimi.

 

Nie było łatwo?

Nie, ale może to nie moja bajka albo musiałabym do takiej kuchni przywyknąć. Pamiętam, jak pierwszy raz jadłam banana. Smakował jak smalec. Ale potem z czasem stał się ulubionym owocem. Oswoiłam go.

 

Zdarzało ci się, że mężczyzna tak cię karmił?

Takie sytuacje kojarzą mi się raczej z filmem niż z realnym życiem. Ja chyba nie lubię być karmiona.

 

To takie doświadczenie na granicy przyjemności i osaczenia.
Nie ma kontroli nad własnym jedzeniem. Dziwne uczucie! Na pewno nie moje ulubione.

 

Jak w dzieciństwie?

Nie, rodzice nie mieli czasu, żeby nas karmić.

 

A czym zajmował się tata w kuchni?

Na przykład piekł chleb. W piecu opalanym dębowym drewnem. Ono się najpierw musiało wypalić. A tata z ciasta robił kulę, którą potem umieszczał na specjalnej drewnianej łopatce, na liściach kapusty i wkładał do pieca. Bo my mieliśmy swoje zboże, które wcześniej się samemu mełło…

 

Rodzice uprawiali pole?

Dziadkowie.

 

I jeździliście do młyna?

Nie, mieliśmy swoje żarna. Tata robił też mięsne potrawy. Mieliśmy w domu swoją wędzarnię. Żyjąc na wsi, jest się także bliżej natury i respektuje się jej prawa. Jestem przyzwycza- jona do sezonowości, u nas w domu zawsze się tak jadało – zimą kapustę, marchewkę, pietruszkę, jabłka, ziemniaki. Lubię ten rytm przyrody w jedzeniu.

 

Są jakieś dania charakterystyczne dla twojej rodziny, twoich okolic?
Babcia robiła tzw. przekładane kluski. Ciasto jak na placki ziemniaczane, a potem wrzuca się je na wrzącą wodę. I podaje z mlekiem. Jak ktoś przychodził w odwiedziny, sąsiad czy znajomy, to zawsze dostawał coś do je- dzenia. Taki był zwyczaj. W kuchni zawsze coś bulgotało.

 

A słodycze?

Oczywiście, zawsze coś było schowane. Do dziś je uwielbiam.

 

Słyszałam, że szczególnym uczuciem darzysz czekoladę.
Oj tak, zwłaszcza taką nadziewaną truskawką. Jak odwiedziłam siostrę w Szwajcarii, to był dla mnie raj! Olbrzymi wybór, pyszne! Bez czekolady nie potrafię funkcjonować. Uwielbiam ją.

 

I zdaje się rurki z kremem…

Też! A najlepiej i z to , i z kremem. Mmm, pyszne! A także bezy, w jednym sklepie na Powiślu są boskie. No i moja teściowa robi pyszne ptysie.

 

Słyszałam, że na specjalne okazje umawiasz się na obiad w Wólce Kosowskiej [to olbrzymie hale targowe pod Warszawą, sklepy prowadzone głównie przez Azjatów – przyp. red.].
Wólka jest wspaniała, trafiłam tam dzięki mojemu mężowi, który nakręcił film o disco polo w Chinach [„Miliard szczęśliwych ludzi” – przyp. red.], i poznaliśmy tam całą społeczność chińską i wietnamską. Słuchaj, tam są jajka stuletnie!

 

Lubisz?

No pewnie! Mają trochę taki amoniakowy aromat. Ale są pyszne. Tam jest prawdziwe życie, skubią kury, lepią pierogi. Na stołach jest mnóstwo jedzenia, wszyscy próbują wszystkiego. Little China! Wspaniałe miejsce! Kiedyś cię zabiorę.

 

Joanna Kulig – aktorka filmowa i teatralna. Urodzona w 1982 roku w Krynicy-Zdroju. W 1998 roku wygrała program „Szansa na sukces”, wykonując piosenkę Grzegorza Turnaua „Między ciszą a ciszą”, co zaowocowało współpracą przy kolejnej płycie artysty „Liryka”. Absolwentka PWST w Krakowie, którą ukończyła jako aktorka dramatyczna ze spe- cjalizacją wokalno-estradową. Współpracowała z Teatrem Starym w Krakowie. Na dużym ekranie zadebiutowała w filmie Grzegorza Packa „Środa czwartek rano”, za tę rolę została nagrodzona Złotymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Wystąpiła m.in.: w „Sponsoringu” Małgośki Szumowskiej, „Kobiecie z piątej dzielnicy”, „Idzie” Pawła Pawlikowskiego, „Nieulotnych” Jacka Borcucha, „Facecie (nie)potrzebnym od zaraz” Wero- niki Migoń, a ostatnio w „Zimnej Wojnie” Pawlikowskiego.

 

chleb taty Joanny

— 3 kg mąki
— 1 litr kwaśnego mleka — 1 kg ziemniaków
— 10 dkg drożdży
— 2 łyżki soli

Na początek robimy zaczyn: połowę mąki mieszamy z kwaśnym mlekiem, ugotowanymi
i ugniecionymi na purée ziemniakami i drożdżami. Z tych składników musimy uzyskać masę
o konsystencji gęstej śmietany. Gotowy zaczyn pozostawiamy w ciepłym miejscu na mniej
więcej 6 godzin. Kiedy wyrośnie, dodajemy drugą część mąki, sól i wyrabiamy ciasto (powinno odchodzić od ręki, jeśli tak nie jest, dodajemy jeszcze trochę mąki), które później formujemy  w bochenki. Pozostawiamy je do kolejnego wyrośnięcia. W piecu chlebowym palimy dwoma wiązkami drewna dębowego lub lipowego.
Kiedy drewno się wypali (zamienia się w ogarki), testujemy temperaturę poprzez sypnięcie mąki do środka: jeśli mąka zrobi się czarna, temperatura jest za wysoka. Bochenki wkładamy do pieca, umieszczając je na liściach kapusty,
i pieczemy dwie godziny. Po wyjęciu z pieca gotowy chleb smarujemy skórką słoniny.

Kluski lane ziemniaczane

Ziemniaki obieramy i ścieramy jak na placki ziemniaczane. Ciasto wyciskamy przez gazę. Wodę z wyciśnięcia odlewamy, pozostawiając krochmal z dna. Krochmal łączymy z ciastem. Formujemy kluski, które łyżką wrzucamy na wrzątek.
Po ugotowaniu podajemy polane mlekiem.

 

Rozmawiała Monika Brzywczy, zdjęcia : Zuza Krajewska

 





comments powered by Disqus