Redakcja

BESTIA

Rodrigo Larios, mój eks-szwagroszczak, to prawdziwa bestia – tyleż w sensie metaforycznym, co quasi-dosłownym. Ta impulsywna, radykalna, obdarzona potężną posturą i płomiennym spojrzeniem alfa od lat mieszka w meksykańskiej selwie i tam realizuje swoje architektoniczne fantazje.

– 25/09/2018 –

 

 

 

Tworzone przezeń kuriozalne konstrukcje przypominają gniazda gigantycznych insektów. Jak każdy „szalony” architekt, Larios bez skrępowania operuje skalą: living room w jego własnym domu spokojnie pomieściłby megaterium, jednocześnie jednak, poprzez swą organiczną naturę, jest to przestrzeń niezwykle przyjazna człowiekowi. Płynnie przechodzące w siebie bryły, wnętrza, w których jedyne płaszczyzny stanowią podłogi, całkowity brak kątów i kantów, rozbuchanie przy jednoczesnym zachowaniu prostoty, tworzy całość tyleż relaksującą, co stymulującą pozytywne emocje.

 

Zdecydowałem się zaproponować USTOM materiał o nim nie tyle dlatego, że jest kimś, kogo szczerze podziwiam – mój panteon żywych jest wcale obszerny – ile ze względu na to, że jest jedynym radykalnym wizjonerem, którego drogę miałem okazję obserwować praktycznie w ciągu całego jego dorosłego życia. Jednocześnie wydaje mi się, że powinien dobrze rezonować na tym forum: stosuje głównie materiały naturalne, a jego działaniom przyświeca idea samowystarczalności. Wszystkie jego realizacje powstawały niezależnie, bez wsparcia jakichkolwiek instytucji czy dotacji. Na sposób zgoła postmodernistyczny wykorzystuje i łączy ze sobą ludowe czy antyczne techniki budowlane, nie będąc wszakże niewolnikiem tradycji czy regionalizmu. Twory Lariosa pozostają w zgodzie z otaczającą je przyrodą. Swobodnie korzysta on z doświadczeń pokolenia dzieci kwiatów czy jego następców z okresu New Age, tego, co robi i jak żyje, nie da się jednak zamknąć w żadnej posthipisowskiej formule. Larios pozbawiony jest całkowicie charakterystycznej dla wyznawców podobnych światopoglądów rozezoteryzowanej naiwności – fantazjując, stoi jednocześnie bardzo mocno na ziemi.

 

 

 

 

Meksykanin w pierwszym pokoleniu, dziecko hiszpańskich intelektualistów, którzy pod koniec lat 60. przybyli do Nowego Świata, urodził się w roku 1976, jako przedostatni z piątki rodzeństwa. Wychował się w Satélite – stosunkowo mało interesującej suburbii Mexico City, zamieszkałej przez średniozamożną klasę średnią. Było to jednak dzieciństwo o tyle nietypowe, iż oboje jego rodzice oddani byli słowu pisanemu, a w domu panował kult książki, co w Meksyku wcale nie jest oczywiste i niekoniecznie idzie w parze z pozycją społeczną. Jego ojciec – Pedro Larios – był postacią tyleż charyzmatyczną, co niesforną. Myślę, że Rodrigo swój radykalizm i dużą dozę pewności siebie, jakie towarzyszą mu, odkąd sięgam pamięcią, zawdzięcza między innymi konieczności permanentnej konfrontacji z tą bardzo silną osobowością. Wspomina, że w domu mieli nieduży, tani telewizor, kiedy więc zasiadali przed nim całą paczką, jako maluch niewiele widział ponad ramionami starszych braci – wolał więc rysować. W końcu matka przyniosła mu z wydawnictwa, w którym pracowała, ogromną białą cegłę – blok zszytych ze sobą kartek, będących makietą jakiegoś albumu, a on pieczołowicie zapełniał go strona po stronie obrazkami. Już jako nastolatek miał świadomość, że tym, czym chce zajmować się w życiu, jest sztuka. W domu nieustannie natykał się na reprodukcje dzieł najważniejszych hiszpańskich malarzy XX wieku: Pabla Picassa, Joana Miró, Antoniego Tàpiesa, ale też i starych europejskich mistrzów, takich jak Albrecht Dürer czy Hieronim Bosch. Chciał zostać malarzem. Na studia architektoniczne poszedł bez większego zapału, głównie po to, aby uspokoić rodziców – dać im poczucie, że ma konkretny zawód w ręku i w przyszłości „nie zdechnie z głodu”. W trakcie studiów najmocniej zaiskrzyli mu oczywiście Hundertwasser, Gaudi i Meksykanin Javier Senosiain. Serce jednak nie wyrywało mu się na plac budowy. Postanowił zrobić dyplom i dalej zajmować się malarstwem.

 

 

 

 

 

Los chciał, że tuż po ukończeniu studiów zetknął się z kolejną niezwykle charyzmatyczną postacią – z Memo Siliceo. Magnetyzm zwierzęcy, jak się okazuje, jest jednak faktem – obdarzone świadomością ciała, wbrew zasadom fizyki, przyciągają się, o ile posiadają podobne potencjały. Memo jest postacią tak dalece nieszablonową, że sam stanowić mógłby temat obszernej monografii. Dla mojej opowieści istotne jest to, że od roku 1968 rozbudowywał stworzoną przez siebie, a legendarną już dziś Casa del Árbol. Jest to szczególna enklawa powstała na terenie Desierto de los Leones, na północnych zboczach Valle de México. Składa się na nią szereg fantazyjnych drewnianych domów otoczonych połączonymi ze sobą ogrodami. Na każdym kroku człowiek natyka się tam na okrągłe okienka, rosochate balustrady, spiralne schody – nie brak też wieżyczek i sadzawek. Istny Hobbiton, w którym architektura oraz tropikalna i górska roślinność tworzą niepowtarzalną kombinację, gdzie drzewka wiśniowe kwitną w cieniu drzewiastych kaktusów, a każdy dom wygląda tak, jakby za chwilę wyjść z niego mieli Żwirek i Muchomorek.

 

 

 

 

 

Temu szczególnemu azylowi od początków jego powstania towarzyszył, nie zawsze pozostający w zgodzie z obowiązującymi normami, adekwatny styl życia, głęboko przesycony tyleż duchem buntu przeciwko sztywno sformatowanej rzeczywistości, co materializującą się na każdym kroku wiarą w możliwość bycia kowalem własnego losu. Do Casa del Árbol Larios trafił dość przypadkowo (jeden z jego przyjaciół wynajmował tam dom) i właściwie od pierwszej chwili uświadomił sobie, że jest to miejsce, w którym chce zostać na dłużej. Siliceo początkowo „spuścił go po brzytwie”, ponieważ Rodrigo nie należy jednak do ludzi, którzy łatwo ustępują, ostatecznie zaproponował mu, że może przebudować starą stajnię na dom. To, co zainwestuje w budowę, miało być mu odliczone od kosztów czynszu. Rodrigo sprzedał wówczas swój z lekka poobijany samochód i wziął się ostro do roboty. W tym też okresie zainicjował swe pierwsze eksperymenty z alternatywnymi technologiami. Zaczął od zbudowania ścian z bel słomy pokrytych z zewnątrz adobe – mieszaniną słomy i gliny. Wtedy też poznaliśmy się na dobre. Do dziś pamiętam spojrzenie, jakim obrzucił mnie, gdy skomentowałem jego decyzję jako romantyczną. Czas pokazał, jak dalece myliłem się, postrzegając go wówczas jako stąpającego w chmurach idealistę.

 

Rodrigo zaczął pracować pod okiem Memo, początkowo jako czeladnik, by szybko przekształcić się we współpracownika i prawą rękę mistrza. Zawsze podkreśla, jak wiele mu zawdzięcza, przy czym nie chodzi tu o wiedzę technologiczną czy rozwiązania estetyczne, gdyż w tej materii Larios, nie wyrzekając się wpływu Siliceo, podąża od początku konsekwentnie własną drogą, lecz o wiele bardziej o pewną filozofię życiową, umiejętność pracy z ludźmi i zarządzania środkami – o swoistą élan vital, od której aż się w nich obu gotuje. Zależy mi na tym, żeby czytelnik zrozumiał, że próbuję mu opowiedzieć nie tyle o architekcie, twórcy, artyście, ile o mistrzu życia, gdyż tak w przypadku Rodriga, jak i Mema, nie sposób oddzielić życia od dzieła.

W latach 2001-2009 funkcjonalne rozwiązania proponowane przez Lariosa pomogły usprawnić wiele konstrukcji powstałych na terenie Casa del Árbol. Jako symboliczny moment przełomowy w swoim życiu traktuje on chwilę, kiedy uruchomił rzeźbione wrota prowadzące na teren posesji. Były zamknięte na głucho od momentu powstania tej enklawy, a Siliceo regularnie powtarzał, że wyprowadzi się, kiedy się otworzą. W roku 2005 Rodrigo wyposażył je w oś oraz w przeciwwagi, a niecałe pół roku później obaj przenieśli się wraz z rodzinami do Quintana Roo i rozpoczęli pierwsze prace nad nowym projektem, jaki Siliceo zainicjował w selwie, w pobliżu Playa del Carmen. Powstały tam dwa ośrodki będące cały czas w procesie rozwoju: Na-Ha i większy Sacbe. Do dziś stworzono na ich terenie około trzydziestu siedlisk. Rodrigo pracował równolegle nad projektami i budową kilku konstrukcji jednocześnie, wszystkie zarobione pieniądze inwestując w budowę własnego domu, który traktował zarazem jako laboratorium i show room. Teren pod budowę w obrębie Sacbe otrzymał w ramach wynagrodzenia za pracę. W tym czasie zaczął również promować swój koncept bioarchitektury, pracował przy rozmaitych projektach, tak w interiorze, jak na wybrzeżu, zawsze jednak realizując konstrukcje o niepowtarzalnym charakterze – przy wykorzystaniu interesujących go niekonwencjonalnych czy zapoznanych technologii.

 

Granicząca z obsesją fascynacja problemem samowystarczalności przyniosła szereg interesujących efektów. W przeciwieństwie do kondycji właściwej Desierto de los Leones, gdzie ze względu na położenie (blisko 2500 m n.p.m.) w czasie meksykańskiej zimy potrafi być naprawdę chłodno i gdzie z tej racji podstawowym materiałem budowlanym było drewno, w duszącym, tropikalnym upale Quintana Roo Rodrigo zaczął stosować naturalnie „trzymający” chłód kamień. W jego domu nie ma zainstalowanej klimatyzacji, zastępuje ją tyleż uregulowany obieg powietrza (sztucznie kreowane przeciągi, wysokie sklepienia), co system oplatających kopulaste dachy, wyżłobionych w nich rynien-kanałów, którymi płynie pompowana za pomocą zasilanej przez baterie słoneczne maszynerii źródlana woda. Na dachu znajdują się dwie wodne kurtyny – muszę przyznać, że jednym z przyjemniejszych doświadczeń, jakie znam, jest przyglądanie się z ptasiej perspektywy koronom drzew w czasie, gdy człowiek stoi w pełnym słońcu pod masującymi mu kark i plecy strumieniami lodowatej wody. Rodrigo planuje też w niedalekiej przyszłości skonstruować na dachach dwie podniebne wanny-sadzawki, w których nie oddalając się od domu, zażyć będzie można ochłody w najbardziej upalne dni. W sąsiednim, również w całości zaprojektowanym i zrealizowanym przez Rodriga domu, znajdziemy wpuszczony w ogromny taras basen z niechlorowaną wodą – zasila go wykopana w pobliżu studnia, a wodę wymienia się raz na tydzień.

 

 

 

 

 

Larios myśli nie tylko w skali makro-, ale i mikro – wiele uwagi poświęca szczegółom. Jednym z moich ulubionych detali są okrągłe, umocowane centralnie na zawiasach obrotowe okna, wyposażone w kopulaste moskitiery – od wewnątrz przypominają sferyczne astrolabia, z zewnątrz zaś wyglądają jak oczy gigantycznej ważki. Jako materiału wodoodpornego służącego do izolacji tyleż dachów, co ścian łazienek, najchętniej używa tradycyjnego na Jukatanie chucum – jest to masa otrzymywana w wyniku długotrwałego wygotowywania kory drzewa o tej samej nazwie. Czasami łączy ją z posiadającym podobne właściwości i również uzyskiwanym na bazie całkowicie naturalnych składników marokańskim tadelaktem. Efekty są piorunujące – osobista łazienka jego dwunastoletniej córki to prawdziwe wodne sanktuarium. Można odnieść wrażenie, że wykonał ją gigantyczny nautilus albo jakiś inny głowonogi mistrz tkania muszli. Jak wspomniałem, własny dom był i jest dla Lariosa polem eksperymentów. Obok ścian wykonanych z obłożonych płaskimi kamieniami worków ubitej ziemi znajdziemy też ziemne kolumny – ze względu na skaliste podłoże całego półwyspu gleba jest silnie zmineralizowana i przy niewielkim tylko dodatku wiążącego cementu i sprasowaniu staje się materiałem nad podziw wytrzymałym.

 

Jego osobiste projekty i inwestycje nie ograniczają się wyłącznie do Sacbe. Aktualnie jest współwłaścicielem terenów, na których znajdują się dwie wspaniałe senoty: Agua Calara i Cantarranas. Cenote Cantarranas jest naprawdę pokaźnych rozmiarów: ma kształt zbliżony do okręgu o blisko 60-metrowej średnicy. Otoczony jest przez strome skalne ściany, po których ścieka roślinność: pnącza o mięsistych strzałkowatych liściach i ciemniejsze rozczapierzone garrars, korzenie drzew i krzewów (niektóre poskręcane są w warkocze) opadają niczym tłuste liany dobre siedem metrów w dół, by pod powierzchnią wybuchnąć pękiem tysiąca miniaturowych odnóżek, chciwie chłepcących szmaragdową wodę. Gdy zanurkować, jej kolor zmienia się w błękitny. Dna nie sposób zobaczyć – Cantarranas ma blisko 30 metrów głębokości i prawdopodobnie, jak większość cenotes, jakąś szczeliną łączy się z systemem podziemnych jaskiń. W pobliżu wody drzewa są znacznie wyższe i potężniejsze niż w innych częściach selwy. Ich gałęzie porastają pęki srebrzysto-zielonych macek, a w rozgałęzieniach konarów na podobieństwo storczyków gnieżdżą się kwitnące czerwono bromelie.

 

 

 

 

 

Kiedy odwiedzałem tę „oazę” po raz pierwszy, aby dostać się do wody, musieliśmy część drogi pokonać, przytrzymując się liny, by później zejść po przytwierdzonej do skały prymitywnej drabinie, teraz na dół prowadzą już masywne drewniane schody zakończone szeroką platformą. Na wysokości około trzech metrów nad lustrem wody jedna z belek zmienia się w swoistą trampolinę, ale i tak dzieciaki najchętniej skaczą z górnych stopni. Na wodzie dryfuje zaprojektowana przez Hariego, jednego ze przyjaciół Rodriga, platforma w kształcie gwiazdy – swoisty prom zniewolony liną przeciągniętą w poprzek cenote. Jest tyleż kolejną bazą do skoków, ruchomym centrum wodnych igraszek, co miejscem kosmicznych kontemplacji. Agua Clara z kolei to rodzaj skalnej bańki, z dwoma okrągłymi otworami w sklepieniu, tworzącej sporą grotę, w której zmieściłaby się konkretna kongregacja wiernych, zakładając oczywiście, że wyznawaliby oni kult Neptuna lub innego rybopodobnego bożyszcza, jest bowiem w całości zalana wodą. Wymagałoby to również głębokiej akceptacji dla wszelkich, w tym również błoniastoskrzydłych stworów, bo jaskinię zamieszkują nietoperze żywiące się kulistymi owocami porastającymi pobliskie drzewa. Ku wodnej tafli prowadzą kolejne schody, umożliwiające swobodne korzystanie z dobrodziejstw tej naturalnej podziemnej pływalni.

 

Aktualnie Larios i jego wspólnicy planują zagospodarowanie tych terenów – znaczna ich część ma pozostać w stanie dzikim, niewielki fragment zajmą działki, na których staną prywatne domy, a tuż obok powstać ma swoisty ekologiczny kompleks hotelowy, składający się z kilkunastu indywidualnych cabañas – wyniesionych na wysokość koron drzew kabin mieszkalnych, przypominających luksusowy dom na drzewie, jaki Rodrigo zaprojektował i zrealizował na terenie Papaya Playa Project w Tulum (patrz. zdjęcie). Kompleksowi mają też towarzyszyć ogrody warzywne i ziołowe – docelowo ma to być obiekt autonomiczny, niezależny od produktów i mediów zewnętrznych, będący jednocześnie swoistym modelem-szkołą samowystarczalności. Ponieważ budowane przez Lariosa budynki mają, na podobieństwo jajka, niezwykle wytrzymałą strukturę, której odporność wzrasta w miarę wzmagania się działających na nią sił, a wszystkie okna mimo ogromnej powierzchni są podzielone na modłę plastrów pszczelich, Rodrigo z właściwą sobie przekorą chętnie podkreśla, że w przypadku huraganu kategorii piątej, kiedy wszyscy będą uciekać, on będzie siedział w salonie, pogryzając orzeszki i obserwując szał przyrody. Nie wątpię, że ma realne podstawy, aby tak twierdzić.

 

 

Maurycy Gomulicki, Mexico City, kwiecień 2018

 

 

 

 





comments powered by Disqus