Monika Brzywczy

Na pokuszenie

Zwabiona słodkością i kolorem, trafiła na Bali. Wśród rajskich owoców znalazła też miłość. A w zasadzie dwie: soczystego duriana i Simona, który wraz z nią przemierza dżunglę w poszukiwaniu frutariańskich przygód.

– 2/04/2019 –

 

Z Justyną spotykamy się w kawiarni Dragonfly położonej malowniczo pośród ryżowych pól na wzgórzu nad Ubud – w samym sercu Bali. Niełatwo tu trafić, GPS myli drogę, taksówki nie dojeżdżają, a na skuterze trzeba się przeciskać wąskimi chodnikami pomiędzy małymi domkami. Turyści z zatłoczonych ulic miasteczka trafiają tu rzadko, za to po drodze mijamy wiele osób z matami do jogi – tu mieści się kilka szkół, tu w spokojniejszej niż na dole atmosferze można oddać się medytacjom w asanach. A po nich wstąpić na zdrowy, wegański albo raw foodowy posiłek do takich miejsc, jak „ważkowa” kawiarnia.

 

 

Jest słoneczny gorący dzień, ponad 30 stopni Celsjusza, bardzo parno, początek lutego. Na drewniany taras Dragonfly Cafe wychodzi roześmiana blondynka z chłopakiem. To Justyna i Simon, para, którą znamy z Instagrama. Od kilku lat prowadzą razem konto Fit Shortie Eats, na którym opisują siebie jako Rare Fruits Hunters. To frutarianie, którzy uwielbiają podróżować, objadając się rzadkimi gatunkami egzotycznych owoców. Pokazują nam tropikalne krajobrazy, za którymi tęsknimy, zwłaszcza w środku europejskiej zimy, i rozpołowione apetycznie owoce, których często nie znamy – przekonują, że warto poddać się #friutmiracle i przejść na dietę frutariańską.

 

 

Odlot na awokado

– Dlaczego? Jaką miałaś motywację? – podpytuję Justynę. – Próbowałam być frutarianką jeszcze gdy mieszkałam w Polsce, sześć lat temu. – Bo wiesz – wyznaje – zawsze miałam problem z nadwagą. Przez całe życie byłam pulpecikiem, ważyłam o kilkanaście kilo za dużo. I szukałam różnych sposobów, by się ich pozbyć, diet cudów. Któregoś razu zobaczyłam w internecie dziewczynę, która żywiła się tylko zielonymi koktajlami, i też postanowiłam spróbować. Ale najpierw przez kilka miesięcy dużo czytałam. Wszystkie możliwe artykuły w sieci, opinie lekarzy, frutarian, jakieś fora. I w końcu spróbowałam. Przez tydzień jadłam wyłącznie owoce w różnych, ale tylko surowych formach. To było wielkim wyzwaniem, bo w tamtym czasie w Warszawie pracowałam jako architekt wnętrz, jeździłam ze spotkania na spotkanie, piłam wino, paliłam fajki. Ale ten tydzień wytrzymałam. Co prawda nie schudłam, ale czułam się wspaniale, jak nigdy dotąd! Jakbym się zakochała, wiesz, te pierwsze dwa tygodnie, gdy frunie się 20 centymetrów nad chodnikiem, albo na pigułce ectasy, ale bez zjazdu! Fenomenalne uczucie, którego się nie zapomina. Moja twarz wyglądała 10 lat młodziej, spałam rewelacyjnie, byłam superefektywna w pracy, a coś, co wcześniej zajmowało mi osiem godzin, nagle robiłam w dwie. I nie byłam głodna! – wspomina z ekscytacją Justyna.

Tak to się zaczęło – postanowiła już nie wracać do normalnej diety. Przez dłuższy czas jadła owoce, a co jakiś czas także coś gotowanego w restauracji. To była katorga, zwłaszcza zimą. Miesiącami była zdana na banany i awokado z Biedronki, co również kompletnie zabijało jej życie towarzyskie. – Jakieś nowe lokale otwierały się w Warszawie, a ja jadłam piąty kilogram bananów w tygodniu. Wiedziałam, że muszę dotrzeć do źródła lepszych owoców, bo długo na tych supermarketowych nie pociągnę – śmieje się Justyna. – Tak trafiłam na Bali.

 

 

 

Całość artykułu do czytania w USTACH 21 do kupienia TU

 

tekst: Monika Brzywczy, zdjęcia: Krzysztof Kozanowski





comments powered by Disqus