JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE, MIEJSCA

Swoją drogą

Każde z nas miało inny powód, by odwiedzić Japonię. Architektura, walki ninja, sushi, najszybsze pociągi i najlepsi zawodnicy sumo. Chcieliśmy zobaczyć wiele miejsc i z jak najbliższej perspektywy przyglądać się japońskiej codzienności. Styl traperski wydał się idealnym założeniem: wolność, lekkie plecaki i bycie w prawdziwych miejscach. Niestety, wymarzone shinkanseny okazały się bardzo drogie, podobnie jak wypożyczenie samochodu i tradycyjne, najtańsze noclegi w ryokanach. Wszystko razem zaczęło tracić na realności…

Byliśmy na tyle przejęci naszym planem, że w ogóle nie braliśmy pod uwagę kamperów. Luksus posiadania własnego domku, z kuchnią, spaniem i transportem, nie współgrał z naszymi harcerskimi założeniami. Ale żeby się ta Japonia w ogóle wydarzyła, musieliśmy zmienić zdanie.

 

Skręcić w nowym kierunku
Kampery nie są popularne w Japonii. Spośród zaledwie kilku ofert wypożyczalni wybraliśmy tę w najlepszej dla nas lokalizacji. I okazało się to strzałem w dziesiątkę. Naszą rezerwacją zajął się pan Andrzej z Japan Campers, Polak mieszkający tam od wielu lat, a od prawie 20 wypożyczający kampery. Wielki pasjonat podróży po Japonii, jego porady były nieocenione. Dostaliśmy wskazówki, iPada z mapami, mobilny internet i przydatne aplikacje. Zrewidowaliśmy nasz wstępny plan, biorąc pod uwagę na przykład znacznie wolniejsze, niż się spodziewaliśmy, tempo przemieszczania. Zmniejszyliśmy zasięg wyłącznie do wyspy Honsiu. Początkowo miała to być pętla z Tokio aż do Hiroszimy, a ostatecznie najdalszym punktem okazało się Kioto. Przejechaliśmy przez Alpy Japońskie, wybrzeże Morza Japońskiego, tereny rolnicze Hokuriku, Kioto, Narę i z powrotem wzdłuż oceanu, obok wulkanu Fudżi, przez półwysep Izu do Tokio.
W podróżowaniu kamperem wspaniałe jest to, że można łatwo zmieniać plan, że pojawiają się nowe pomysły i daje się je realizować. Wystarczy skręcić w innym kierunku. Z dużą przyjemnością z tego korzystaliśmy.

 

Onsen przy parkingu
Ruszyliśmy planowo – w stronę Alp Japońskich. Jasiek (tata) chciał zobaczyć w Nikkō świątynie buddyjsko-shintoistyczne. Więc odbiliśmy na północ. Droga przez japoński krajobraz pól ryżowych była dla mnie atrakcją samą w sobie. Jasiek był skupiony na podporządkowaniu się lewostronnemu ruchowi i przyzwyczajeniu do świateł, które w Japonii są za skrzyżowaniem. Dzieci miały w końcu swój własny mały domek: stolik, karty, półki, firanki.
Nocleg zaplanowaliśmy na jednym darmowych parkingów sieci Michi-no-Eki, które zwykle znajdują się w atrakcyjnych miejscach, są zaopatrzone w wyjątkowe japońskie toalety, często supermarket i fajne miejsca piknikowe. Nie ma tam natomiast pryszniców. Proces kąpielowy jest sprawą bardziej wymagającą i w tym celu trzeba odwiedzić jeden z onsenów – łaźni. Można je łatwo zlokalizować dzięki aplikacji.
Bardzo polubiliśmy onseny. Baseny z wodą ze źródeł termicznych, czasem też sauną, z salą kąpielową z taboretami i słuchawką prysznicową na poziomie kolan. To stara japońska tradycja, że siada się przed lustrem i starannie myje swoje ciało, by potem skorzystać z basenów. Bardzo przyjemne doznanie, więc do onsenów w trakcie naszej podróży wracaliśmy wielokrotnie.
Po drodze do tego pierwszego odwiedziliśmy ogromny supermarket, gdzie radykalnie przeszliśmy na japoński styl żywienia. Sushi z półki sklepowej zaskoczyło nas swoją wykwintnością, zatem opcja jedzenia supermarketowych przysmaków w kamperze towarzyszyła nam, z pewnymi wyjątkami, przez cały wyjazd.
Do świątyń ani tego, ani następnego dnia nie dotarliśmy. Ponieważ nazajutrz był Dzień Dziecka, postanowiliśmy go spędzić w parku rozrywki. Chociaż Edo Wonderland było plastikową wersją zwyczajów dawnej Japonii, był to wyjątkowy dzień, nie tylko dla dzieci. One wzięły udział w kursie ninja, my zgubiliśmy się na dobre w skomplikowanym labiryncie parku i poznaliśmy tajniki teatru kabuki.

Na siedząco i leżąco
Podróż organizowaliśmy tak, by dzieci każdego dnia miały trochę frajdy, jednocześnie nie rezygnując z własnych planów. Japonia sprzyja takiemu założeniu. Dla dzieci atrakcyjna jest sama japońska rzeczywistość, chociażby z najbardziej prozaicznego powodu – życia na matach. Takie miejsca jak galerie czy świątynie stają się bardziej dostępne. Zwiedzanie „na siedząco” Muzeum Sztuki Współczesnej w Kioto z pewnością znacznie opóźniło znużenie dzieci, dzięki czemu my w swoim tempie mogliśmy się cieszyć własnymi wrażeniami.
Kolejne noce spędzaliśmy przede wszystkim w naturze: przy najwyżej położonym Japońskim jeziorze Chūzenji, w Nikkō, w miejskim parku, w cieniu starych drzew, na wybrzeżu Morza Japońskiego. Choć zdarzało się, że parking, na którym planowaliśmy się zatrzymać, był zamknięty i trzeba było jechać dalej. Ale urok spania w przyrodzie, zasypiania wśród podmokłych pól i rechotu milionów żab – jest niezapomniany.
Przypadkiem trafiliśmy też na święto wina w Matsumoto. Przyciągnęły nas tłumy doskonale bawiących się młodych ludzi. Ale, ku naszemu zdziwieniu, punktualnie o 21 wszyscy zmyli się z festynu. Japończycy są bardzo karni, podporządkowani zakazom i nakazom, jak również bardzo uczciwi. Podróżuje się więc bezpiecznie i bez kłopotów.

 

W strugach deszczu
No prawie. Sprawić je może co najwyżej pogoda, zwłaszcza trwająca na przełomie maja i czerwca pora deszczowa. Zdarzają się ulewy, po których jednak rozpogadza się i buchająca zielenią wiosna jest wielką nagrodą za pochmurne dni. Niestety, w Japonii występują huragany i trzęsienia ziemi. Zazwyczaj są lekkie, kilkustopniowe. W wielu miejscach publicznych znajdują się instrukcje, jak postępować, gdyby zdarzyło się coś poważniejszego. To nie przelewki. Warto się z nimi zapoznać.
Deszcze i nam przyniosły zmianę planów i trudną dla mnie rezygnację z Kamikochi, pięknego górskiego zakątka.
Naszym nowym, deszczowym celem była Takayama – miasteczko mistrzów stolarstwa i budowniczych Kioto. Zwykle jest bardzo zatłoczone. Charakterystyczne wąskie uliczki z kramami i mnóstwem malutkich sklepów tak nas wciągnęły, że nie zauważyliśmy, jak uciekła nam pora lunchu. Przerwa na jedzenie pomiędzy 13 a 17 zdarza się w wielu lokalach. Punktualnie więc o 17, naprawdę głodni, staliśmy gotowi do ataku przed poleconą przez Lonely Planet restauracją. Tam zasiedliśmy na matach i przy stole z wbudowanym wielkim grillem, typowym dla kuchni z tego rejonu, smażyliśmy owoce morza, warzywa i tradycyjną wołowinę.

Miarowe tempo
Dziennie przejeżdżaliśmy około 100 kilometrów. Często dzieląc naszą drogę na dwa etapy: poranny i wieczorny. Staraliśmy się wybierać nie więcej niż jedną atrakcję dziennie, szanować tempo dzieci i zachowywać siły na spontanicznie pojawiające się rozwiązania i pomysły. Pilnowaliśmy, aby nie poddawać się chęci zobaczenia wszystkiego i mieć czas na spokojne bycie razem, gotowanie, czytanie i granie w karty.
Odwiedziliśmy wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO doliny Shirakawa-gō i Gokayama. Są tam zabytkowe wioski z nienaruszoną praktycznie architekturą i kulturą, z wielopokoleniowymi rodzinami, które cały czas uprawiają ryż i wasabi. Ogólne zmęczenie, a także przesycenie dotychczasową drogą skłoniło nas do odwiedzenia pierwszego domu w wiosce Ogimachi. Zasiedliśmy na matach i przez następne godziny nabieraliśmy sił. Słuchaliśmy – oczywiście po japońsku – opowieści o tym, jak w ciągu jednego dnia mobilizuje się cała wioska, aby pomóc sąsiadowi zmienić dach. Trochę spaliśmy. Byliśmy tam jedynymi turystami, było bardzo kameralnie. Wizytę zakończyliśmy w lokalnym onsenie. Ogólnie zwolniliśmy tempo. Noc spędziliśmy w samochodzie, zagubieni na wybrzeżu Morza Japońskiego. Odbijaliśmy się tam od zamkniętych kempingów i nieprzyjemnych przemysłowych nabrzeży – naprawdę trudno tam znaleźć niezalaną betonem plażę!

Z rybakami za pan brat
Nad ranem zatrzymaliśmy się w nadmorskim miejskim parku Shiroyama Beach. Oprócz nas było tam dużo kotów, ptaków drapieżnych tobi (kania czarna) oraz jeden rybak z Kioto z córeczką Amy. Podczas spędzonych tam dni przeżyliśmy naprawdę groźną przygodę – atak drapieżnego ptaka na spacerującą 8-letnią Wandę, który wyrwał jej z ręki kanapkę i zaniósł do gniazda. Kilka dni później kobieta zbierająca glony ostrzegała nas, żebyśmy nie jedli na otwartych przestrzeniach. Całą twarz miała poranioną. Japończycy są bardzo pomocni i przyjaźni dla turystów. Często obdarowywali nas najcenniejszym komplementem w Japoni: kawaii, czyli słodcy, mili i ładni.
Poza tym incydentem Morze Japońskie okazało się przyjazne. Spędziliśmy trochę czasu na plaży, czytaniu, praniu, na wymianie słodyczy z sympatyczną Amy z Kioto i wspinaniu się po skalistym wybrzeżu. Zaliczyliśmy też udany kulinarny wypad do miejscowości Obama, do najprawdziwszej centrali rybnej. Jedliśmy przy długich stołach obłożonych ceratami, a wyjątkowe sushi serwował pan w rybackich woderach. Niedaleko tego miejsca znajduje się sławna restauracja, gdzie wybrane w akwarium owoce morza przyrządza się samemu we wrzącym onsenie… Ale na to się nie zdecydowaliśmy.

 

Chłonąc miejsce
Trochę czasu spędziliśmy w Kioto, w którym wszyscy się zakochaliśmy. Dzieci, wpasowując się w japoński zwyczaj, spacerowały po historycznych dzielnicach w strojach gejsz i ninja. A my, onieśmieleni niezwykłym bogactwem kulturowym tego miejsca, postanowiliśmy poznać jego atmosferę. Mieliśmy tylko dwa dni. Porzucając większość planów, po prostu chodziliśmy i oglądaliśmy, jak w mokrych od deszczu ulicach odbijają się czerwone lampiony.
Wracając już w kierunku Tokio, zatrzymaliśmy się tylko raz, na pacyficznych plażach z widokiem na Fudżi. Podobnie jak na przeciwległym wybrzeżu, wszystkie kempingi były zamknięte. Wybraliśmy więc najdalej położone miejsce w parku Koganezaki na półwyspie Izu – doskonałe na pożegnanie naszych kamperowych wakacji. Dla samych siebie wydaliśmy wesołe przyjęcie z pysznym jedzeniem i tańcami. Odwiedziliśmy też pożegnalnie onsen – najskromniejszy i najpiękniejszy ze wszystkich, w jakich byliśmy. Wycięty w klifie, z widokiem na ocean.
Wyjeżdżaliśmy natchnieni japońską estetyką, wzbogaceni o zupełnie nowe doznania. Każdy nasz zmysł, jakby obudził się na nowo. To było wspaniałe uczucie.

Postscriptum
Jest wiele fantastycznych książek i reportaży o Japonii. Te polecamy najbardziej:
„Tatami kontra krzesła: o Japończykach i Japonii”, Rafał Tomański; „Istota ryżu. O duszy japońskiego jedzenia”, Michael Booth; „Dzieci z Hamamatsu”, Kasia Mochi (my czytaliśmy rękopis, książka już czeka na wydanie); „Banzai. Japonia dla dociekliwych”, Zofia Fabianowska-Micyk; „Wojownicy dawnej Japonii i inne opowiadania”, Yei T. Ozaki.

 

Tekst: Marta Krzeptowska

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Berlin

  • Poznań

  • Sztokholm

  • Budapeszt

  • Lato

  • San Francisco

  • Amsterdam

  • Kraków

  • Lizbona

  • Śląsk

  • Trójmiasto

  • Madryt

  • Tel Aviv

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa