JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
WYDARZENIA

Uwaga na wesołe pieski

Jego proza fabularna „Pozwólcie pieskom przyjść do mnie” dzieje się w trakcie spotkania trzech piesków. Gizmo, Punio i Nikotynka nie zdają sobie niestety sprawy z tego, że ich właściciele pochodzą z trzech różnych światów. Nieświadome konsekwencji swojego beztroskiego zachowania trzy wesołe pieski doprowadzą do spotkań, które nigdy nie powinny były się wydarzyć. Słodka historia przeradza się w mrożącą krew w żyłach kryminalną intrygę. To także portret pokolenia wielkomiejskich trzydziestolatków – bogatych i biednych, ekscentrycznych i pospolitych, mimo wszystko łudząco do siebie podobnych. Tym samym Chromry po raz kolejny udowadnia, że najśmieszniejsza jest prawda. A poniżej przypominamy wywiad z artystą.

 

 

Wydawnictwo WAB 2019

 

Człowiek-link

Błyskotliwy i melancholijny komentator życia nieciekawego przeżywanego w Polsce, czyli nigdzie. Bolesław Chromry opowiada nam, jak to jest kochać Emmę Bunton, co fajnego jest w jesieni i jak zamelinować się w mrówkowcu.

 

 

 

Jaki jest twój bazowy stan emocjonalny?

Podekscytowanie. Taka podnieta, że zrobię coś zajebistego. Mamy z Magdą – moją żoną, która jest ilustratorką i tatuatorką – pracownię połączoną z mieszkaniem. Uwielbiam to nasze hipisowskie gniazdko. W tygodniu chodzimy do normalnej pracy, a niedziela to nasz dzień. Robimy sobie śniadanie, kawę, włączamy muzykę, kładę białą kartkę na biurku i mam kilka godzin na rysowanie. Wtedy wszystkie negatywne emocje z całego tygodnia już nie żyją, to sobota jest od tego, żeby je zabić (nie zapić, bo przestaliśmy imprezować). I wtedy właśnie czuję ekscytację związaną z tym, że coś fajnego narysuję.

 

 

Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. Zwłaszcza po odsłuchaniu twojej listy utworów na Spotify: The Smiths, Hildegard Knef, Françoise Hardy, a nawet Zdzisława Sośnicka. Bardzo nostalgicznie.

Generalnie jestem bardzo nostalgiczny. Najbardziej lubię szukać smutku w wesołych piosenkach. A najweselsze piosenki dla mnie to przeważnie te najbardziej smutne.

Uprawiam też archeologię muzyczną. Moją największą radością jest odkrywanie radiowych evergreenów. Utworów, od których potencjalnie chce się rzygać, ale jak się wsłuchasz bez uprzedzeń, to odkrywasz, że to są bardzo dobre piosenki. Miałem tak na przykład ze Spandau Ballet. A ostatnio też z Bajmem. Przy okazji robienia wystawy „Czasem jestem dziwna jak to miasto”. Badaliśmy z Magdą teksty polskich piosenek z końca lat 80. i 90.: Krzysztof Antkowiak coverujący Madonnę, Majka Jeżowska dla dorosłych, Wiesława Sós „Mój ty królewiczu spod Kielc”. Albo zespół z Wieliczki, który nazywał się Jauntix – z hitem „Pod wodospadem marzeń”. Wspaniałe!

 

 

 

 

 

 

Kolekcjonujesz płyty?

Dopiero buduję kolekcję. Odbijam sobie, bo jak byłem nastolatkiem, na płyty nie było mnie stać. Te, które mnie interesują, z lat 80. i 90., są dziś bardzo tanie, i to jest świetne. Niestety, nie mam ich na czym słuchać.

Muzyka zawsze była dla mnie bardzo ważna. Poznałem ją w dość eklektycznych okolicznościach. Mam dwie ciotki, nie tak dużo ode mnie starsze, z którymi się wychowywałem. Traktowałem je właściwie jak siostry. Jedna słuchała eurodance’u: Ace of Bace, 2 Unlimited, Mr. President, te klimaty. A druga: Nirvany, Suede, Laurie Anderson czy Nicka Cave’a. Ja sam zacząłem odkrywać muzykę Big Cyca i Spice Girls. Byłem zresztą największym fanem spajsetek w Małopolsce. Miałem trzy zeszyty pełne wycinków prasowych na ich temat i kochałem się w Emmie Bunton. Tak bardzo, że codziennie modliłem się do Boga, żebym został jej mężem. Wspaniałe czasy, nikomu bym nie oddał dzieciństwa ze Spice Girls.

 

 

 

 

 

Widzę, że ten okres życia się za tobą ciągnie.

Za wszystkimi się ciągnie, szczególnie za artystami. Ja się celowo w tym grzebię, przypominam sobie różne rzeczy. Na przykład ostatnio, że jak byłem mały, to moim hobby było siedzenie na fotelu w naszym nowohuckim mieszkaniu, rysowanie i oglądanie MTV oraz VH1. Te stacje to były istne skarbnice wiedzy. Morrisseya pierwszy raz usłyszałem i zobaczyłem właśnie w angielskim VH1. Siedziałem na podłokietnikach, bo meble były ustawione w klasyczny, polski sposób: fotel, ława, fotel, a telewizor stał z boku, tak że gdy się siedziało na fotelu, trzeba było mieć szyję cały czas skręconą.

 

 

 

Co wtedy rysowałeś?

Projektowałem okładki magazynów muzycznych i modowych oraz strony internetowe wymyślonych przeze mnie zespołów, których, w wyobraźni, byłem menedżerem. Stworzyłem też gazetę, która składała się z dwóch kartek A4, złożonych na pół. Powycinałem fajne ilustracje z „Bravo”, „Teletygodnia” i prasy kobiecej, którą znalazłem w domu, poskładałem je w kolaże i zrobiłem z tego swój projekt. W środku na rozkładówce był nawet plakat zespołu A-Teens, także mojego autorstwa. Magazyn ukazał się w dwóch egzemplarzach. Ojciec skserował mi go u siebie w pracy. Jedną z kopii dałem mojej nauczycielce od polskiego. Była absolutnie zachwycona.

 

 

Świat twojego dzieciństwa to krakowska Nowa Huta?

Tam dorastałem, ale jedna z moich ciotek – Lidka, często zabierała mnie na wycieczki „do miasta”. Jeździliśmy z jej znajomymi na rynek. I, co było wspaniałe, ona nigdy się mnie nie wstydziła. Choć byłem dzieckiem, które dużo mówiło. Nigdy nie lubiłem rówieśników i świetnie dogadywałem się z kolegami Lidki. Fajne towarzystwo, całe w zamszach. Alternatywa lat 90.

Jakiś czas temu, przy okazji mojej podwójnej wystawy „W 2019 przeprowadzę się do Warszawy”, zrobiłem sobie sentymentalną wycieczkę po rodzinnym mieście. Z Huty na Kazimierz specjalnie nie pojechałem Uberem, tylko tramwajem. Totalna konfrontacja: ja kontra młodość. Znowu jestem sam, jadę tramwajem do miasta, a bloki nasączone są wodą, bo znowu jest brzydka pogoda. Niezwykle emocjonujące doświadczenie.

Bloki nasiąknięte deszczem to zresztą moja największa tęsknota. Obok lodów z bitą śmietaną i ananasami z puszki – mojego smaku szczęścia z dzieciństwa. Jak pada co najmniej dwa dni, to na styropianowej elewacji budynków robią się charakterystyczne zacieki. Chyba wyłazi z nich pleśń. We mnie ten widok budzi impuls, żeby natychmiast biec do mieszkania i się tam zamelinować w ciepełku. Napawając się tym, że na zewnątrz jest syf, a u mnie tak miło i bezpiecznie. Wyobrażam sobie wtedy, że w każdym z mieszkanek w moim mrówkowcu siedzi sobie rodzinka i też rozkoszuje się swoim ciepełkiem.

 

 

Jesteś jedynakiem?

Tak, ale zawsze marzyłem, żeby mieć starszego brata. Chyba każde dziecko, na jakimś etapie, chciałoby mieć starszego brata. Żeby wpierdolił paru osobom. Ojcem trochę wstyd się było w tym temacie posiłkować.

 

Można też poradzić sobie samemu, na przykład malując obraz pod tytułem „Ludzie, których nienawidzę”.

Ten obraz powstał, gdy zostałem zaproszony do udziału w wystawie „Nienawidzę wszystkich” w nieistniejącej już domowej galerii Armana Galstyana. Wpadłem na pomysł, że wezmę kartkę i wypiszę nazwiska ludzi, których nienawidzę. Opowiedziałem o tym różnym znajomym, wszyscy mówili: „Zajebiście! Zawsze chciałem to zrobić”. W końcu zdecydowałem, że to będzie obraz. Malowałem go cały dzień, a gdy skończyłem, straciłem czucie w ręce. Wypisałem tam wszystkie nazwiska, jakie miałem w swojej świadomości, także te ze sfery publicznej. A gdy i one się skończyły, wpisywałem nazwiska znajomych Magdy. Czyli tak naprawdę nienawiści w tym obrazie nie ma. No, może trochę.

 

 

Twoje prace są mocno osadzone w naszej rzeczywistości. Jak się czujesz w Polsce?

Najlepiej i najgorzej. Na początku naszego związku planowaliśmy z Magdą emigrację do Kalifornii. Żeby malować tatuaże z henny lub deski surfingowe, nosić długie włosy, zafarbowane na niebiesko lub różowo, te klimaty. Wiesz, jak jesteś na studiach, to jarają cię osoby, które wyjechały. Nawet nie muszą robić w świecie kariery, wystarczy, że w bio mają wpisane: „Mieszka i pracuje w Nowym Jorku”. Albo w Berlinie. To zawsze jest podniecające. Natomiast informacja: „Mieszka i pracuje w Krakowie” albo w Warszawie budzi najwyżej współczucie. Na pewno nie zazdrość. Rozmyślania o wyjeździe pojawiły się w czasie, gdy kończyłem ASP. Nie wiedziałem, z czego dalej będę żył, bo na studiach nie zainteresowałem się czymś takim jak pieniądze. Za to piłem alkohol, bawiłem się i angażowałem w projekty bez przyszłości: w cholerę pracy, poświęcenia, mega dużo radości i zero hajsu. Dziś jestem wdzięczny moim rodzicom, że mnie wtedy utrzymywali i nie kazali iść do roboty. To wszystko zaprocentowało.

 

Pojawiła się zamożna kolekcjonerka, która kupiła niemal cały twój dyplom.

No, uratowała mi życie! Za te pieniądze mogliśmy przeżyć. Mój dyplom to był zbiór rysunków, chmur, jakby gabinet osobliwości na papierze. Tytuł brzmiał „Nic mnie nie interesuje”. Siedziałem wtedy godzinami przed komputerem, rozwijając swoje zainteresowania. Byłem takim człowiekiem-linkiem, cały czas grzebałem w necie. Tematycznie obracało się to głównie wokół terrorystów niemieckich z RAF-u, polskich seryjnych morderców z XX wieku, sekty Jonestown w Stanach, czy polskich seriali: „W labiryncie”, „Dom” itd.

 

Dużo wątków narodowych. Co jest takiego fajnego w Polsce?

Położenie geopolityczne na styku dwóch światów – Wschodu i Zachodu – wytworzyło naród, którego wspólną cechą jest rzewność. Jakiś niesprecyzowany smutek, tęsknota za „niewiadomoczym”. Bardzo mi się to podoba. Ja jestem taki w stu procentach. Zresztą bycie artystą to wieczna pielęgnacja w sobie tej rzewności. Mamy teraz do tego najwspanialszy okres – schyłek polskiej jesieni. Uważam, że jest to coś najpiękniejszego w tym kraju. Natura umiera, a raczej się hibernuje, a papierosy zaczynają lepiej smakować. To tak zwana jesień cmentarna, która zaczyna się, gdy ze świata znika kolor. Wygląda to trochę jak w teledysku INXS „Never Tear Us Apart”.

Polska bardzo mnie inspiruje, chyba nie mógłbym pracować nigdzie indziej. Ojczyzna jest też głównym bohaterem moich prac. Właśnie ukazał się mój „Elementarz Polski dla Polaka i Polki z Polski” wydany przez Korporację Ha!art. Znajdują się tam takie rozdziały, jak: „Ludzie, których warto znać w Polsce”, „Słownik pojęć”, „Listy i plakaty z filmów, które nigdy nie powstały”, czy „Nowe polskie powiedzenia”, czyli opresyjne teksty, które znamy z życia w domu, w pracy i w szkole. Ta książka nie jest ani laurką, ani satyrą. Przedstawiłem tam Polskę, która jest taka moja. Jesteśmy ciekawym narodem. Lubię w nas także to, że jesteśmy refleksyjni i że potrafimy pić wódkę przez całą noc.

 

Szczególnie w Krakowie.

W Krakowie faktycznie jest tak, że nikt nie wstaje od stołu, póki wszystko nie zostanie wypite. Mało tego, o 3 w nocy jest maraton do sklepu po kolejną butelkę.

 

 

Pięć lat temu przeprowadziłeś się do Warszawy. Czegoś ci tu brakuje?

Huty mi nie brakuje, bo zamieszkałem na nowej Pradze. To jest architektura z dokładnie tych samych lat, projektowana przez tych samych architektów. Można powiedzieć, że odtworzyłem sobie w Warszawie moją własną małą ojczyznę. W Krakowie miałem już dość uporządkowanych urbanistycznie ulic, historii, która krzyczy na ciebie z każdego kociego łba i tego, że wszystkich się zna. Brakuje mi natomiast kawiarni w Bunkrze Sztuki. Kelnerów, którzy mają na ciebie totalnie wyjebane i największej palarni miejskiej, gdzie za płachtą z pleksi możesz jarać do woli. Można tam spotkać cały artystyczny Kraków. Ten klimat, że siedzisz i patrzysz, kto idzie po plantach. I jak ci się podoba, to do niego machasz, a jak nie, to udajesz, że go nie widzisz. Brakuje mi też Salwatoru, Błoni i Kopca Kościuszki. Ale jak przyjeżdżam teraz do Krakowa, to czuję się jak słoik. Koszmarne uczucie. Dlatego w tym roku to moi rodzice przyjadą do nas na święta. A na starość to już chyba wolałbym zamieszkać w Neapolu. To miasto pulsuje, ma kolory. Są te piękne monstery na uliczkach i kapliczki. La dolce vita!

 

A Warszawa?

Warszawa to wiatr na twarzy. Czujesz to od razu, jak wysiadasz z pociągu. Jest przestrzeń, jest ciekawie i można się zgubić. Iść od punktu A przez B i C, dojść do D i nikogo nie spotkać. Dla nas krakusów to szokujące!

 

Przeprowadziłeś się do Warszawy i co? Zbierasz psie kupy? Uczuliłeś się na gluten i laktozę? Przestałeś jeść mięso?

Mój styl życia aż tak bardzo się nie zmienił. A mięsa nie jem już bardzo, bardzo długo. Kiedyś je z Magdą jedliśmy, ale tylko w weekendy. Z przyzwyczajenia, żeby zrobić sobie coś wyjątkowego, od święta. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mięso źle trawię i z niego zrezygnowałem. Natomiast kocham sery. Bez serów nie mógłbym żyć. I w ogóle uważam, że krowy trzeba doić. Kiedyś próbowaliśmy z żoną zrobić pasztet wegański. Ale dodaliśmy ogórka i był do niczego. Zniechęciliśmy się.

 

Ale zrobiłeś bardzo ładną, zaangażowaną broszurkę w kooperacji z Vegan Ramen Shop: „Dlaczego nie warto jeść zwierząt”.

Zrobiłem ją, bo bardzo lubię Basię Welento, która ma niesamowitą energię. Vegan Ramen jest super, ale byłem tam może raz, w czasach gdy jeszcze pracowałem na Saskiej Kępie. Nie lubię chodzić po knajpach. Za bardzo cenię sobie moje domowe gniazdko. Jestem totalnym domatorem. Uwielbiam mojego pieska, moją żonę i to, że wieczorem oglądamy sobie seriale na Netfliksie. Co jest dla nas nadrzędnym rytuałem dnia. Ostatnio, niestety, trochę się zmieniam. Życie wymusza na mnie to, że ciągle muszę się z kimś spotykać.

 

 

Kariera?

Tak i nowa praca. Na razie jest super, bo byłem miesiąc na urlopie. Jestem bardzo wypoczęty! I czuję się bardzo dobrze. Oczywiście mam czasami jakieś małe smuteczki, ale one wynikają raczej z budowy mojego mózgu niż z bieżących wydarzeń. Takie chwilowe: „Leave me alone, cause I want to die”. Lubię ten stan, jest częścią mnie. Ale nie mam depresji, tylko zespół lęku uogólnionego, który aktywował się u mnie w podstawówce, na matematyce. Bałem się tak bardzo, że potrafiłem siedzieć podczas świąt wielkanocnych z rodziną i zastanawiać się, czy zdam do następnej klasy. Ten stres naturalnie przeszedł na problemy dorosłego człowieka, a wiadomo, że jak wjeżdża dorosłe życie, to napięcie rośnie. Teraz biorę leki i jest spoko. Dla mnie to było wspaniałe odkrycie, że w życiu nie trzeba się cały czas martwić.

 

Poprosimy coś ultrabłyskotliwego na koniec…

Wracając do Polski, to moim zdaniem największym problemem naszego społeczeństwa są nieleczone ani nawet niezdiagnozowane choroby i zaburzenia psychiczne. Nie wiem, z jakiego powodu z masochistyczną przyjemnością opowiadamy o ciężkich chorobach, złośliwych nowotworach, zabiegach usuwania wszelkich cyst, a sfera zdrowia psychicznego należy do kategorii wstydu, w której leży między homoseksualizmem a całą seksualnością człowieka. Dlaczego diagnozujemy u siebie schorzenia typu zespół niespokojnych nóg, a chodzenie do psychiatry jest najbardziej wstydliwą informacją, którą ukrywamy nawet przed najbliższą rodziną? Chciałbym doczekać czasów, w których odmowa picia wódki na weselu nie staje się lokalną sensacją i nie spędzasz pół imprezy na tłumaczeniu, dlaczego Polak w sile wieku nie napije się wódki na weselu.

 

Bolesław Chromry

– właściwie Damian Siemień, urodzony w 1987 roku. Rysownik, copywriter, malarz, autor powieści „Renata”, „Pokrzywy”, „Notes dla ludzi uczulonych na gluten i laktozę” oraz „Elementarz Polski dla Polaka i Polki z Polski”. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Mieszka i pracuje w Warszawie.

 

 

Rozmawiały: Karolina Rogalska i Monika Brzywczy

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Berlin

  • Poznań

  • Sztokholm

  • Budapeszt

  • Lato

  • San Francisco

  • Amsterdam

  • Kraków

  • Lizbona

  • Śląsk

  • Trójmiasto

  • Madryt

  • Tel Aviv

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa