JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE

Ocean optymizmu

Pamiętasz swoją imprezę życia?

Oczywiście nie pamiętam [śmiech]. Zdarza się, że nazajutrz, po udanym melanżu odpalam telefon i znajduję filmiki, na których mówię w różnych językach. Najczęściej po angielsku i rosyjsku, choć bywają i takie, o których znajomość bym się nie posądzał. Jak bohaterka filmu „Egzorcysta”.

 

Znasz te języki?

Angielski tak, ale rosyjski raczej pobieżnie. Alkohol jednak poszerza mi te umiejętności w stopniu magicznym. Zresztą nie czarujmy się; pod tym względem jestem zwykłym polskim Polakiem, któremu zdarza się dopiero nazajutrz dowiedzieć, co nawywijał dzień wcześniej. Na swoją obronę mam to, że zwykle chodzi o jakieś sztubackie hece, które rzadko są powodem do wstydu.

 

 

 

 

Zdrowa zabawa nie jest wpisana w naszą kulturę. To nie południe Europy, gdzie ludzie tańczą, są ze sobą blisko, dotykają się, niekoniecznie w celach seksualnych, i świetnie się ze sobą czują.

To rzeczywiście nie jest dla nas naturalna sytuacja. Ale jak Polak trafia na południe, to zwykle jest w stanie wejść w taki sposób uprawiania zabawy i – generalnie – życia. Może to nasze geograficzne upośledzenie, że potrafimy się bawić tylko od wielkiego dzwonu, a jak już się bawimy, to nie żartujemy, poruszamy się po skrajnościach? A może to żadna wada, tylko po prostu cecha – i nie ma co się na to obrażać? Zresztą im dalej na północ, tym gorzej; w takiej Norwegii potrafią zacząć bibkę o 20, by o 21 leżeć już pokotem. Nie chcę krzywdzić wszystkich Skandynawów, ale zdaje się, że z ryzykownym piciem jest tam większy problem niż u nas. Jesteśmy więc gdzieś w środku stawki.

 

Jak ci się żyje w Polsce?

Nie narzekam. Dopóki mówimy o Polsce rzeczywistej, nie wirtualnej. Bo ilekroć dotykam Polski malowanej przez media elektroniczne, moje samopoczucie dramatycznie podupada.

 

 

 

 

Jest jak z twojej piosenki: „Deszcz, grad, burze i nieuprzejmi tubylcy o ludożerczej naturze”?

Oczywiście, gdy wracam z dowolnego miejsca na świecie do naszego kraju, zderzam się z tym, że ludzie są tu mniej sympatyczni. Ale abstrahując od tego drobiazgu – który dotkliwe uprzykrza życie codzienne – Polska nie wydaje mi się złym miejscem do życia. Zmiana na gorsze dotyczy głównie przestrzeni dyskusji publicznej. Przyzwolenia, które pojawiło się w ciągu ostatnich lat, na afiszowanie się z poglądami, które kiedyś ze wstydem ukrywano, jak antysemityzm, rasizm czy homofobia. Choć oczywiście nie jesteśmy wyjątkowi; Trump nie jest przecież polskim wynalazkiem.

 

Obawiam się, że przykład idzie z góry.

Polityka ma na nas zgubny wpływ, bo na co dzień obserwujemy ludzi, którzy nie mają żadnych skrupułów, grają na maksa cynicznie, manipulują, żeby osiągnąć swój cel, czy wreszcie zwyczajnie łżą bez mrugnięcia okiem. A przecież ci politycy nie wzięli się znikąd; to myśmy ich wybrali. Ba, są tacy jak my. Może przerysowani, ale nasi. A z drugiej strony, w życiu codziennym w ogóle takich osób nie spotykam. I zapewniam, że nie żyję w żadnej bańce. Mam relacje z różnymi ludźmi i na ogół są to bardzo fajne osoby. Myślę, że na dole jest znacznie lepiej niż u góry.

 

 

 

Masz jakiś sposób na odcinanie się od toksycznych relacji?

Owszem, nienawiązywanie tychże. Nie, nie mam żadnego sposobu. Nie stać mnie na więcej niż truizm w stylu: nie udawać. Oczywiście, że tego w stu procentach zrobić się nie da, więc staram się po prostu udawać jak najmniej. W realu to jest jakby łatwiejsze, w przeciwieństwie do wirtualu, gdzie wszyscy okropnie kłamiemy.

 

W twoich tekstach, które pokazują dość nihilistyczny obraz świata, jest dużo nadziei.

Dla bezpieczeństwa przykrywam ją zwykle cynizmem albo ironią. Ale to są tylko maski, za którymi każdy uważny obserwator dostrzeże całe oceany optymizmu. Mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się mówić, że takie patrzenie na świat jest niewłaściwe. A może właśnie dlatego.

 

 

 

 

Skąd bierzesz ten optymizm?

W normalnym, analogowym życiu, codziennych relacjach międzyludzkich, potrafię znaleźć tyle dobrej energii, że mam czym go karmić. Poza tym jestem po uszy zakochany we własnej żonie. Jesteśmy razem bardzo długo, a mnie się cały czas wydaje, że od wczoraj. Że wszystko jeszcze przed nami. Mam to niebywałe szczęście, że trafiłem na swoją soulmate.

 

Twoje życie jest dość poukładane. Jest w nim miejsce na szaleństwo?

Oczywiście. W tak poukładanym życiu jak moje – przeciętnego trzydziestolatka, żonatego, ojca dwójki dzieci – szaleństwo jest niezbędne w imię elementarnej równowagi. Oprócz imprez, o których mówiliśmy, i drugiej części mojego życia, czyli rapu, dorzuciłbym jeszcze couchsurfing.

 

Co to takiego?

Rodzaj offowej turystyki. Jeżdżenie po świecie i spanie u ludzi, którzy oferują ci dach nad głową, niczego nie chcąc w zamian. Polecam wszystkim znużonym nocowaniem w wielogwiazdkowych hotelach i zwiedzaniem z papierowym przewodnikiem w ręku. Może nie jest to najwygodniejsza opcja na świecie, ale najlepsza, jeśli chce się trochę lepiej poznać miejsce, do którego się przyjechało. I ludzi, bo to oni są najważniejsi. Zjechaliśmy w ten sposób ładny kawałek świata.

 

 

 

 

Jakieś przygody couchsurfingowe szczególnie utkwiły ci w pamięci?

Z dziedziny zabawy? Taka na przykład – jechaliśmy do Czech. Prażanin, u którego mieliśmy nocować, nie dostał na czas SMS-a z potwierdzeniem naszej wizyty. Przekonany, że już nie przyjedziemy, zjadł kwasa. A myśmy jednak przyjechali. No i mieliśmy zupełnie inne loty: my, głodni, zmęczeni, zatopieni w realu, a on gdzieś daleko, w innej galaktyce. Bardzo dziwny wieczór. Najlepszy couchsurfing trafił nam się w Gruzji, w Bordżomi. Zupełnie przypadkiem, razem ze świeżo poznanymi Szwedką i Grekiem, trafiliśmy pod dach lokalnego wirażki, który – w wytartej czapce z daszkiem i trzema paskami na kreszowym dresie – uparcie przedstawiał się nam jako dyrektor tamtejszego parku narodowego, w ogóle miał wspaniały talent do bajkopisarstwa. Zabrał nas na swoje górskie ranczo, które okazało się niedokończoną chałupiną w półsurowym stanie, położoną w podmiejskiej faweli. Ale był przy tym wyjątkowo otwarty i gościnny. Pospraszał jeszcze sąsiadów i zrobił się z tego melanż na pół osiedla. Genialna rzecz. Couchsurfing to cudowny sposób na poznawanie ludzi. Fajne jest to, że w tym – wierz mi lub nie – naprawdę nie chodzi o pieniądze, a jedyną mocną walutą jest ciekawość ludzi i świata.

 

To, o czym mówisz, wpisuje się w definicję zabawy, którą znalazłam w Wikipedii. Najważniejsze jej cechy to: dobrowolność, bezproduktywność i fikcyjność plus element oszołomienia i niepewności.

Świetne! Bardzo mi się podoba, zwłaszcza ta „bezproduktywność”, cholernie potrzebna rzecz. Cierpię na przerost produktywności, szczególnie w prawniczej połowie mojego życia; strasznie trudno tam złapać choćby odrobinę oddechu. Zaciekawił mnie też ten „element oszołomienia”. Miewam na tym polu osiągnięcia, bo nie ma właściwie melanżu, podczas którego nie wylądowałbym na ­jakimś dachu lub szczycie jakiegoś obiektu – taki mamy niewinny obyczaj w gronie przyjaciół. Z hoteli to zaliczyliśmy chyba większość w Polsce, z kominów – większość godnych uwagi, a z wojewódzkich komend policji na przykład – wszystkie w Opolu. Myślę, że to się idealnie wpisuje w definicję zabawy, którą przytoczyłaś.

 

Podobno u zwierząt praca, czyli zdobywanie pożywienia, wypełnia niewielki ułamek doby, reszta to zabawa. Co ciekawe, rzadziej takie zachowania można obserwować u prostych organizmów, jak na przykład bezkręgowce. Bo potrzeba zabawy jest połączona z wysokim stopniem rozwoju układu nerwowego, poziomem inteligencji, ciekawością świata i prospołecznym nastawieniem. Chyba równamy do bezkręgowców.

Sugerujesz, że więcej zabawy, niekoniecznie rozumianej jako straszliwy, całonocny melanż wyreżyserowany przez Paolo Sorrentino, a raczej odrobina beztroski i bezproduktywności na co dzień, jest pożyteczna społecznie? Pewnie, że tak. Zrozumiałem to, gdy zostałem ojcem. Nie mam zabawy z dziećmi w swoim DNA, ale uczę się tego. Bo wiem, że nie tylko dla nich jest to ważne i rozwijające, ale dla mnie też. Z czasem odkryłem natomiast, że współczesne bajki są cholernie nastawione na nauczanie. Potwornie dużo dydaktyki, strasznie mało beztroski rozwijającej wyobraźnię. Próżno dziś szukać takich perełek jak choćby ta piosenka o słasicachłoniach z „Przygód Kubusia Puchatka” z 1977 roku, pisana jakby po LSD; niezbyt może nasycona dydaktycznie, ale od strony czystej fantazji i wyobraźni – majstersztyk.

 

No właśnie, bo zabawa to niekoniecznie impreza jak z Sorrentino, wciąganie kresek z pośladków nagich striptizerek i MDMA spadające z nieba. Czyli hedonizm, znieczulenie się i totalne zatracenie.

Mnie wystarczy urywka ze znajomymi. Ale łączy mnie sporo z dżentelmenami wciągającymi kreski z pośladków nagich kobiet – mianowicie intencje. Chodzi o ucieczkę od rzeczywistości. I nic w tym złego, w rozsądnej ilości to pewnie i pożyteczne dla higieny psychicznej. Ale warto wybierać takie sposoby ucieczki, które później bolą. To musi człowieka coś kosztować. Melanż, który czujesz w ciele jeszcze trzy dni później, jest zdrowszy niż ten, o którym następnego dnia nie pamiętasz. Ja w ogóle myślę, że to okrucieństwo alkoholu ma metafizyczny wymiar. Ta jego bezwzględność, gdy przychodzi płacić za wszystkie przyjemności. Ale też uczciwość; to przecież czysta transakcja: dziś zabawa, jutro cierpienie. Jest w tym jakaś kosmiczna równowaga. A dla mnie malutka gwarancja, żeby za bardzo nie odpłynąć. Bo jak się słono płaci za przyjemności, to się z nich mądrzej korzysta.

 

Ciąg dalszy rozmowy przeczytacie w USTACH DRUKOWANYCH do kupienia TU

 

 

 

 

ADAM ZIELIŃSKI

Codzienność dzieli między prawo (jest ekspertem w dziedzinie prawa własności intelektualnej) a muzykę – powszechnie znany jest bowiem jako Łona, raper nurtu „inteligenckiego”. Mistrzowsko operuje językiem, za co został – wraz z Webberem, z którym tworzy – uhonorowany tytułem Młodego Ambasadora Polszczyzny przez Radę Języka Polskiego. Wydał siedem płyt. Mieszka w Szczecinie.

 

 

Rozmawiała: Karolina Rogalska, zdjęcia: USTA

 

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Berlin

  • Poznań

  • Sztokholm

  • Budapeszt

  • Lato

  • San Francisco

  • Amsterdam

  • Kraków

  • Lizbona

  • Śląsk

  • Trójmiasto

  • Madryt

  • Tel Aviv

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa