JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE

Kolor, światło i diament

Tekst: Monika Brzywczy

Ilustracje: Maria Grejc

W samo południe styczniowego słonecznego dnia idę obejrzeć dom i studio Barragána. Wspinam się uliczkami północnej części okolicy Tacubaya, leżącej tuż koło największego parku w mieście Meksyk – Bosque de Chapultepec. Na początku XX wieku była to luksusowa dzielnica, swoje posiadłości budowali w niej bogaci i wpływowi Meksykanie. Ale w latach 40. towarzystwo przeprowadziło się do nowych, bardziej modnych dzielnic, takich jak Condesa czy Polanco, a Luis Barragán – na przekór modzie – w ramach swoistego manifestu właśnie tu postanowił wybudować swój dom. Kupił sporo ziemi – podobno niemal wszystkie grunty przy ulicy generała Francisco Ramíreza należały do niego. Potem odsprzedawał je stopniowo, by finansować inne swoje projekty, takie jak budowa kaplicy dla zakonu kapucynów pod koniec życia. Mijam podupadłe tortillerie, warsztaty samochodowe, fabryczki i sklepy papiernicze z witrynami przykrytymi grubym kurzem. Jakiś szpital i szkoły, ale w oczy rzuca się przede wszystkim kolor. Każda fasada vecindades, typowych niskich meksykańskich domów, jest pomalowana inaczej. Fuksja, ochra, groszkowa zieleń, kobalt – plamy koloru wyróżniają każdy dom. I wiecie co? Prawie wcale nie ma plastikowych okien. Kryzys i ciepły klimat uchroniły Mexico City przed plagą PCV! Pozostały te stare – metalowe i prostokątne – często całkiem spore, z mniejszymi podziałkami w środku okna. Ten spacer to dobre przygotowanie do wizyty u Barragána, jednego z najbardziej znanych i rozpoznawalnych meksykańskich architektów, który projektując, operował przede wszystkim barwą i światłem.

W dobrym towarzystwie

Luis Ramiro Barragán Morfín urodził się 9 marca 1902 roku w Guadalajarze w stanie Jalisco, w środkowym Meksyku. Tam też, dwie dekady później, uzyskał dyplom inżyniera w Escuela Libre de Ingenieros. Po studiach wyruszył w podróż, odwiedził Hiszpanię i Francję, a potem również Nowy Jork, szukając tropów i osób, które go inspirowały. Był zafascynowany pismami i pracami Ferdinanda Baca, niemiecko-francuskiego pisarza, projektanta i artysty. Odwiedził go kilkukrotnie w posiadłości Les Colombières na Riwierze Francuskiej, w domu, który Bac osobiście ozdobił freskami i wyposażył w modernistyczne meble własnego projektu. Największe wrażenie robił jednak ogród wokół domu – z pawilonami, kolumnadami, mostami i ukrytymi zakątkami pełnymi dziko rosnących roślin. Barragán spotkał się też z Le Corbusierem oraz meksykańskim malarzem José Clemente Orozco, znanym z ekspresyjnych murali głównie o tematyce politycznej, który później został zresztą jednym z najbliższych przyjaciół architekta. Jego wielkoformatowy (i zupełnie niepolityczny) obraz można podziwiać w jednym z pokoi w domu Barragána. Po powrocie do rodzinnej Guadalajary Luis projektował domy jednorodzinne, zwłaszcza w dzielnicy Colonia Americana. W połowie lat 40. przeprowadził się do Meksyku i zajął się działaniami architektonicznymi na większą skalę. Projektował osiedla i rezydencje, takie jak m.in. słynna i chętnie fotografowana monumentalna posiadłość jeździecka Cuadra San Cristóbal z charakterystycznymi dla Barragána wielkimi różowymi ścianami i kaskadą wody spływającą z miłym pluskiem do basenu przeznaczonego do końskich kąpieli. Rezydencja została wystawiona na sprzedaż przez dom aukcyjny Christie’s w 2012 roku za 10 milionów dolarów.

 

Otworzyć się na zieleń

Teraz jednak czas na zwiedzanie Studio y Casa Barragán. Niełatwo dostać bilety. Trzeba je rezerwować z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, dom jest od 1994 roku na liście zabytków UNESCO, do środka mogą wchodzić tylko 10-osobowe grupy z przewodnikiem, który oprowadza wycieczkę po angielsku bądź hiszpańsku. Jednak zanim założę muzealne papucie, by wejść do wnętrza, zaglądam do ogrodu naprzeciwko domu. To osobna posiadłość, parcela obsadzona zielenią – żeby tu wejść, nie trzeba mieć biletu ani rezerwacji. Gości wita mocna kobaltowa plama (ściana po prawej stronie), na tle której pięknie kwitnie czerwony hibiskus. A dalej ogród stopniowo schodzi w dół, aż do małego studia położonego na samym skraju działki. Jest dziko i pięknie. Nie ma żadnych zbędnych ornamentów, tylko zieleń, której pozwala się rosnąć. Barragán kochał ogrody, uważał się nawet bardziej za architekta krajobrazu niż budynków. Mówił: „Uważam, że architekci powinni raczej projektować ogrody niż budynki – po to, by rozwijać w sobie wyczucie piękna, smak i skłonność do sztuk pięknych oraz innych wartości duchowych. Każde dzieło, które nie wyraża łagodności, jest błędem”. Domy wymyślał i budował tak, by nie wycinać drzew stojących na posesjach. Ogród znajduje się także za jego domem. Potężne dziś drzewa, po 70 latach od zbudowania posiadłości, wypełniają kadry wielkich okien zaprojektowanych właśnie tak, by zieleń wręcz wlewała się do środka. I co ciekawe, w swoich budowlach architekt nie używał zielonego koloru – ten należał do natury.

 

Zaklęty w pierścieniu

Pod koniec życia (Barragán zmarł w 1988 roku) jego prace były prezentowane w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. W roku 1980 zdobył prestiżową Nagrodę Pritzkera, ale mimo sławy do końca żył bardzo skromnie w samotności, przez niektórych wręcz porównywany do mnicha czy księdza. Jego popularność rośnie w ostatnich dekadach. Do domu w Tacubayi ustawiają się kolejki gości, a wielu młodych projektantów wymienia go jako jednego z najbardziej inspirujących twórców XX wieku. Niestety, szerzeniu wiedzy o jego dorobku nie sprzyja fakt, że całe archiwum architekta, wraz z prawami autorskimi, należy dziś do pewnej szwajcarskiej fundacji. Nie kupiła go po śmierci Barragána żadna meksykańska instytucja. Wobec braku ich zainteresowania uczynił to jeden z szefów legendarnej firmy meblarskiej Vitra, a następnie podarował je jako osobliwy prezent zaręczynowy swojej ówczesnej narzeczonej Federice Zanco, włoskiej historyczce sztuki. Od tamtej pory dostęp do archiwów jest mocno ograniczony, co więcej – za publikację zdjęć wnętrz i budynków Luisa trzeba odprowadzać opłaty do fundacji (nawet jeśli zdjęcia zrobiliśmy w jego domu sami – po uiszczeniu innej opłaty!). Już rozumiecie, dlaczego naszemu tekstowi towarzyszą ilustracje… Z niezgody na taką sytuację powstała praca amerykańskiej konceptualnej artystki Jill Magid. Ta, za pozwoleniem lokalnego rządu w Guadalajarze, gdzie pochowano Barragána, wykopała jego prochy i zamieniła je w dwukaratowy diament, który umieściła w pierścieniu. Podczas wernisażu w 2017 roku w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Meksyku zaproponowała Zanco wymianę: pierścionek z diamentem za archiwum architekta. Akcja wywołała wiele różnych reakcji, od zachwytu po oburzenie. Niestety, do wymiany nie doszło. Archiwa nadal pozostają w Szwajcarii. My nie publikujemy zdjęć, bo również nie zgadzamy się na tego typu zawłaszczanie praw do własności intelektualnej ważnej dla dziedzictwa kulturowego przez prywatne osoby. Ufff! Na koniec wizyty idę odetchnąć do ogrodu, ale przedtem odwiedzam jeszcze niewielkie patio z ceramicznymi wazami i małym basenem w minimalistycznym japońskim klimacie. I w końcu zieleń. Bujna roślinność i spokój tego miejsca sprawiają, że oddycham głęboko. Tu jest tak pięknie!

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa