JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
WYDARZENIA

May the 4th be with you

Zdanie to zostało zresztą uznane przez Amerykański Instytut Filmowy za ósmy najważniejszy tekst w historii kina. Stało się nie tylko symbolem cyklu filmów z Odległej Galaktyki, nie tylko pomogło w budowie jego legendy i mitu, ale weszło na stałe do języka potocznego. Funkcjonuje nieraz jako zupełnie oderwane od źródła pozdrowienie i życzenie szczęścia. Jak zaczęła się ta historia Mocy?

Astronomiczne kwoty

Blisko 43 lata temu, 25 maja 1977 roku, na ekrany amerykańskich kin wszedł pewien niespecjalnie promowany film fantastycznonaukowy. Jego prosty tytuł – „Gwiezdne wojny” – obiecywał nieskomplikowaną rozrywkę. Nikt raczej nie wiązał z nim wielkich nadziei, liczono, że uda się odzyskać zainwestowane weń 9 milionów dolarów, co było budżetem jak na owe czasy całkiem przyzwoitym (początkowo planowano zaledwie 3,5 miliona), ale nie rekordowym. Jego reżyser – uważany wówczas za optymistę – wyliczył dokładnie, że powinno się udać zarobić około 16 milionów. Wytwórnia Fox miała dużo większe oczekiwania związane z wchodzącą w tym samym roku na ekrany postapokaliptyczną ekranizacją opowiadania Rogera Zelaznego „Aleja potępienia” (koszt produkcji 8 milionów, wpływy ostatecznie zbliżyły się zaledwie do połowy tej kwoty), i to na nią poszło więcej promocyjnego budżetu. A „Gwiezdne wojny”? Właściciele kin nie byli chętni, by kupować kopie – na początku film był wyświetlany w zaledwie 32 salach na terenie USA. Pierwsze recenzje również nie wyrażały zachwytów. Krytycy pisali: „Historia jest paraliżująco monotonna, nie mogłem się doczekać końca” (Quentin Crisp), „Nie można tego nazwać szczytem oryginalności. Tylko bezmyślni mogą iść do kina i oglądać z przyjemnością” (Derek Malcolm), „»Gwiezdne wojny« są infantylne, nawet w porównaniu do kreskówek” („Village Voice”)…

Ale oto zdarzył się cud. Po pierwszych emisjach zainteresowanie filmem rosło w astronomicznym tempie. Na seanse waliły tłumy. Przed owymi 32 kinami zaczęły się ustawiać długie kolejki, coraz trudniej było o bilety. Naprędce zaczęto produkować kolejne kopie. Już wkrótce miało się okazać, że „Gwiezdne wojny”, film bez gwiazd w obsadzie, bez wielkiej kampanii promocyjnej, zarobi więcej pieniędzy niż jakiekolwiek inne dzieło filmowe (460 milionów dolarów w samych USA!) i – nie bójmy się tego słowa – zmieni oblicze światowego kina, stając się popkulturowym fenomenem. O tym, co przyczyniło się do takiego sukcesu filmu, napisano już tyle artykułów, książek, doktoratów, że trudno dziś dodać coś odkrywczego. Powody oczywiste: wartka, przygodowa fabuła, wyśmienite efekty specjalne, wykorzystanie tęsknoty widzów zmęczonych niewesołymi realiami lat 70. za czysto eskapistyczną opowieścią, umiejętne żonglowanie archetypami bohaterskiego eposu, ale nie bez znaczenia był też pewien, zahaczający o tematykę religijną, element mistyczny…

Nie bez znaczenia? To zdecydowanie za mało powiedziane. Być może pomysł, z którym George Lucas nosił się od blisko dekady, który w jakiejś nieoczywistej wersji pojawiał się już we wczesnych scenariuszach jego debiutanckiego filmu „THX-1138” (1970), był kluczowy dla zbudowania legendy „Gwiezdnych wojen”, ale też ich prawie religijnego oddziaływania na milionowe rzesze widzów. Moc. Właśnie to pojęcie, mimochodem wprowadzone około pół godziny po rozpoczęciu filmu przez Obi-Wana Kenobiego, stało się jednym z najsłynniejszych atrybutów cyklu. Ono w dużej mierze zbudowało prawie religijny kult wokół całej trylogii, co zresztą nawet zaowocowało realną realizacją ruchu kościoła Jedi…

Potężny sprzymierzeniec

Czymże więc jest Moc? Obi-Wan wyjaśnia to Luke’owi w kilku prostych słowach: „Moc daje Jedi ich siłę. To pole energii wytworzone przez wszystkie żywe istoty. Ono nas otacza i przenika. Spaja całą Galaktykę”. Tyle dowiedzieliśmy się w pierwszym filmie. Nieco więcej, w bardziej poetyckich słowach, powiedział stary mędrzec Yoda w części kolejnej: „Moc potężnym sprzymierzeńcem jest. Życie tworzy, rosnąć mu daje. Jego energia otacza nas i spaja razem. Świetlistymi istotami jesteśmy…”.

Więcej nie trzeba było mówić. Koncepcję Mocy George Lucas wywiódł najprawdopodobniej z istniejących systemów religijnych – taoizmu, buddyzmu, hinduizmu. Tao w taoizmie, chi (qi) w buddyzmie, prana w hinduizmie – każde z tych pojęć oznacza jakąś formę siły bądź energii życiowej, przenikającej wszelkie organizmy, otaczającej i spajającej cały wszechświat, z którą można osiągnąć harmonię przez określony trening duchowy czy praktyki medytacyjne – niczym trening rycerzy Jedi. Nieprzypadkowo mamy tu do czynienia z inspiracjami wielkimi religiami Azji. Wszak George Lucas koncepcję Mocy wymyślał w latach 70., a był to czas narastającej fascynacji kulturami i filozofiami Wschodu w Stanach Zjednoczonych, czas kontrkultury i poszukiwań nowej, odmiennej duchowości. Moc wpisała się w to bezbłędnie i z pewnością to, w jakiej epoce się pojawiła, nie pozostało bez znaczenia dla jej popularności.

 

Religie i filozofie były silnymi inspiracjami, ale Moc Lucasa jest chyba jednak czymś więcej. Nie tylko spajającym wszechświat i podtrzymującym życie, ale też czymś, co dzięki intensywnemu treningowi osoba obdarzona talentem i dobrze wyszkolona może stosować w praktyce – przenosić przedmioty na odległość, używać w walce, wpływać na umysły innych istot, przewidywać przyszłość, a nawet zapewnić sobie pośmiertne istnienie w formie astralnej. Zjednoczenie z Mocą pozwoli na doskonałą kontrolę otaczającego świata, wywoła umiejętność instynktownego reagowania na zagrożenie, sprawność fizyczną przekraczającą możliwości zwykłego śmiertelnika, ponadnaturalną szybkość reakcji, a nawet możliwość doskonałego celowania podczas kosmicznej bitwy… Wszystko to czyni z Mocy coś dużo bardziej namacalnego od mistycznych pojęć z systemów religijnych i filozoficznych.

 

Nie lekceważ potęgi Mocy!

Wiedząc, jak wielka władza i możliwości wiążą się z Mocą, Darth Vader wygłasza do gubernatora Tarkina niezwykle istotną kwestię: „Nie lekceważ potęgi Mocy!” (dodając prorocze: „Nie bądź zbyt dumny z technologicznego terroru, jaki stworzyłeś. Możliwość zniszczenia planety jest niczym wobec potęgi Mocy”). On wie lepiej niż ktokolwiek, jak wielkie możliwości wiążą się z Mocą – poznał bowiem obie jej strony. Moc ma bowiem dwa oblicza, i tu z kolei wchodzimy bardziej w świat wierzeń chrześcijańskich, z ich wyrazistym podziałem na dobro i zło. Nie ma tu Boga i Szatana, ale jest czerń i biel. Jasna Strona Mocy, ta, o której wcześniej mówiliśmy, pozwalająca na zespolenie z wszechświatem, oraz Strona Ciemna, łatwiejsza, dająca więcej obietnic, związana nie z pracą nad sobą, medytacją i zrozumieniem siebie, ale wykorzystująca negatywne uczucia: gniew, strach, nienawiść, agresję. We wczesnych wersjach scenariusza George Lucas nadał nawet Jasnej i Ciemnej stronie osobne nazwy. Jasna zwała się Ashla, a Ciemna – Bogan.

Czy Ciemna Strona jest potężniejsza od Jasnej? Yoda mówi, że nie, ale jednak… Wszak w klasycznej trylogii Vader zwycięża Obi-Wana w „Gwiezdnych wojnach”, następnie pokonuje Luke’a w „Imperium kontratakuje”, by z nim przegrać w „Powrocie Jedi” w momencie, gdy młody Skywalker pozwala owładnąć się gniewem i nienawiścią – a więc, gdy oddaje się pod kontrolę Ciemnej Strony. Czyż więc nie daje ona większej potęgi? Może i tak, na pewnym poziomie, ale prowadzi też do zguby. Bo ostatecznie zatriumfować muszą wartości związane z Jasną Stroną: wierność, przyjaźń, oddanie, służba i poświęcenie.

Ilustracje: Jarosław Danilenko
Tekst: Konrad Wągrowski

Całość artykułu znajdziecie w 25 numerze Magazynu USTA „Moc”, który kupicie w naszym sklepie.

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa