JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE

Powtórzenie, którego nie było

Kiedy pierwszy raz pomyślałeś: będę artystą? 
Chyba nigdy. To klasyczna wpadka, nie zabezpieczyłem się na taki scenariusz. Byłem przeświadczony, że moim powołaniem jest dźwięk, który wszystko wokół mnie splatał. Wyobraźnia ma tu największe pole manewru, no i walczysz z wrogiem, którego nie
można ujrzeć. Nie sądziłem też, że muzykowanie wpisuje się w listę praktyk artystycznych. Dla mnie słowo „artysta” padało wtedy, kiedy ktoś z groźnie wyglądającego wypadku, i to po alkoholu, wychodził cało. Wtedy babcie obserwujące to przy płocie mówiły: „A ten to dopiero artysta”.

 

To skąd to przejście?
Kiedyś postanowiłem wykonać grafikę do powstałych nagrań muzycznych w technice offsetowej. Brakowało mi wyspecjalizowanych maszyn i finansów, by móc zasiąść nad taką okładką. Znajoma osoba wskazała mi drogę do spełnienia tych marzeń (domorosłego grafika), podsunęła pomysł, by złożyć papiery na studia artystyczne, bo tam wszystkie materiały i maszyny otrzymam w gratisie, o ile się dostanę. Nie wiem jak, ale się dostałem. No i wraz z pierwszym dotknięciem gliny i zanurzeniem się w technikach graficznych odleciałem, zapominając o warstwach dźwiękowych, o które tak zabiegałem.

 

 

 

 

Miałeś predyspozycje? Artystyczne geny?
Miałem ogromne szczęście, że rodzice pozwalali mi na autoedukację, na luz i wypracowanie własnego widzenia i rozumienia świata. To im zawdzięczam mój obecny stan umysłowy i wykonawczy, fizyczny… Puszczali mnie z domu na cały dzień, bez szczególnej opieki. Dziś wykastrowane z wiedzy o życiu siły rządzące i martwe zapisy prawne wymierzają wysoką karę odsiadki za niedopilnowanie młodocianego człowieka. Jak mamy się nauczyć życia, nie wychodząc z domu, nie wpadając w kłopoty, czy też na inne indywidua ludzkie. Tylko od „innych” możemy się nauczyć czegoś, co nie spoczywa w naszym genomie, co pchnie nas daleko od drogi poznawczej rodzicieli.

 

Trzeba mieć szczęście do ludzi.
Ja miałem. Spotkane na drodze zacne osobowości miały wtedy czas i chęci, by rozmawiać z dzieciakami, bo i tak przesiadywały na progach swych domów. Dziś tego nie uświadczysz, bo co drugi to na pewno pedofil… Wszyscy ludzie są schowani i ograniczani odgórnie narzucanymi prawami.

 

Co jeszcze sprawiło, że tym artystą jednak zostałeś?

Wpłynęły na to nadczynność ruchowa i predyspozycje do ciągłej pracy, wynikające z mojego pochodzenia. Cała rodzina to klasa robotnicza i rolnicy uprawiający ziemię. Dlatego nie nadaję się do siedzenia w domu i rysowania kwiatków. Muszę dźwigać, przenosić, magazynować, rozwozić, rozmawiać, rozważać i dobrze rachować. Tylko chroniczne zmęczenie fizyczne sprawia, że umysł mam świeży, dotleniony, wstrząśnięty, nie zmieszany. To wspiera mnie w chwilach przeciążenia, pozwala wymyślać skróty oraz zawiłe sposoby na sztukę. W transie zmęczeniowym i przy kończącym się czasie na montaż wystawy wyłaniają się trafne decyzje, które oszczędzają mnie i mój czas. Pojawiają się też obrazy tożsame z oczekiwaną estetyką, które miewam tylko podczas snu, a tu, proszę. Przy wypracowanej manualności mogę to wszystko nakreślić czy zbudować, i zależy mi, by w dalszym ciągu to w sobie pielęgnować.

 

 

Podobno pierwsze kroki w świecie plastyki stawiałeś, produkując imitacje znaczków pocztowych i biletów autobusowych dla swojej rodziny?
Wierzyłeś, że będą funkcjonować tak, jak oryginały?

Już w szkole podstawowej podrabianie dokumentów było sposobem na godne życie. Nie miałem szans na zakup płyt, kaset, czy nawet plakatów z zespołami muzycznymi, to wziąłem się za ich wykonywanie. W formatach zgodnych z oryginalnymi, gorzej było z zapleczem technicznym. Miałem do dyspozycji stare, czyste kartki książek z biblioteki, z pierwszych i ostatnich stron, oraz maczane w ustach lub occie kredki pastelowe.

I co z tego wychodziło?
Nie była to poligrafia jak ze snu, ale dawała mi poczucie obecności lepszej, „obcozachodniej” kultury graficznej. Często wykonane ręcznie kopie miały w sobie coś znacznie bardziej ujmującego, pewnie błędy, ale wygenerowane z kodu własnego. To powodowało, że bez żalu oddawałem pożyczony pierwowzór, a obnosiłem się z wyrysowanym wtórnikiem. Później wykonywałem bilety miesięczne dla większości rodziny, by móc przyspieszyć swoje życie, przynajmniej w pokonywaniu odległości, bo nie mieliśmy samochodu. Były też znaczki pocztowe, recepty i dokumenty. Kilka osób pojechało do Stanów, bo udało mi się przedłużyć im indeks, stawiając, a w zasadzie rysując, pieczątkę kontynuacji studiów. Kiedy sam dostałem się na studia, te praktyki wyprowadziłem z życia i przeniosłem je do sztuki. To odpowiednia platforma dla takiego procederu.

A potem były imitacje okładek płyt i kaset magnetofonowych. Które pamiętasz najlepiej?
Okładek płyt i powycinanych w technice kolażu wkładek do kaset zrobiłem bardzo dużo. Miałem zamówienia od znajomych, by wykonać podobne rysunki do płyt ich ulubionych formacji muzycznych, przez co poznawałem też „obce” środowiska typograficzne. To mnie uczyło pokory i pewnej dyscypliny do druku z ręki. Większość zamówień to kapele z obiegu, np. TSA, Iron Maiden, Saxon, z uwagi na wzbogaconą warstwę wizualną, czy późniejsze thrashmetalowe i deathmetalowe produkcje: Slayer, Venom czy Vader – te już z przekonań muzycznych.

Co jeszcze kopiowałeś?
Podrabiałem te przedmioty, które chciałem posiadać. Stemple ręczne z XIX wieku, pierwsze strony bardzo starych książek, pudełka z pięknymi etykietami, czy banknoty z dobrze wymyśloną szatą graficzną. Kopiowałem muzykę na tanich instrumentach, by zbliżyć się sposobem rejestracji i realizacji dźwięku do poziomu wysokobudżetowego. Sfabrykowałem też swoją metrykę, by do konkursu artystycznego skierowanego tylko do absolwentów szkół wyższych dostać się z pozycji studenta. To zainaugurowało trwającą do dziś, jak to nazywają, karierę wystawienniczą.

Im dalej w las, tym grubiej. Wstawiasz replikę wagonu bydlęcego do Hamburger Bahnhof, budujesz kopię zdewastowanej polskiej kamieniczki w belgijskim Blankenberge, cmentarz z wiernie odtworzonymi nagrobkami w galerii w Warszawie, bunkier z II wojny światowej w Londynie. Krytycy nazywają cię „geniuszem atrapy” i „fałszerzem rzeczywistości”. To bardzo szczegółowa analiza dziedzictwa materialnego, które gestem artysty zostaje podniesione do rangi sztuki.
Najważniejszy w tych realizacjach jest brak oryginału. Mało tego, historie, które opowiadam za pośrednictwem wytworzonych lub zebranych przedmiotów, nigdy się nie wydarzyły, mają jedynie aurę prawdopodobieństwa zaistnienia naprawdę. Kopiowanie samo w sobie jest nudnym zajęciem, choć bardzo pouczającym. Jeśli jednak zaczniesz składać to wszystko tylko z dwóch „składników”, własnych drzemiących zasobów genetycznych i niekończących się depozytów cudzych bibliotek, to powstanie koktajl Mołotowa, gotowy namieszać we właściwej ocenie wystawianej sztuki.

 

fragment wywiadu z Robertem Kuśmirowskim, który przeprowadziła Monika Brzywczy pochodzi z najnowszego Magazynu USTA, który kupisz TU. 

Zdjęcia: Krzysztof Kozanowski

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa

  • Warszawa