JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE

Pomaganie cieszy

Marina, dziecko związku radosnego

Marina Hulia, społeczniczka i nauczycielka, uważa, że każdy człowiek może coś dać. Łączenie ludzi w „łańcuchy pomagania” stało się jej specjalnością. Urodziła się na Białorusi, w Związku Radzieckim i mówi o sobie „Dziecko Związku Radosnego”. Wychowywała się w duchu pracy na rzecz wspólnoty, szacunku do osób starszych i …. rywalizacji w wolontariacie. Po przyjeździe do Polski i podjęciu pracy jako nauczycielka szukała sposobów, by łączyć filozofię szkoły społecznej z zaangażowaniem młodzieży w pomoc innym. W 2016 roku usłyszała o czeczeńskich kobietach i dzieciach koczujących na dworcu w białoruskim Brześciu. Samotne matki, ich córki i synowie uciekli z Czeczenii i przez wiele tygodni koczowali na przejściu granicznym, zanim uzyskali zgodę na przekroczenie granicy. Marina pomogła im dotrzeć do Polski i zaangażowała do swojego „łańcucha pomocy”. Zaczęli gotować posiłki dla osób bezdomnych mieszkających w domkach działkowych. Mężczyźni w podziękowaniu, budują z dziećmi domki dla ptaków. Rodziny regularnie odwiedzają również seniorów z Domu Radosnej Starości. Gotują dla nich smakołyki, a seniorzy „dziadkują i babciują” dzieciom, których emigracja pozbawiła kontaktu z bliskimi.

fot. Marta Rybicka

Dla Mariny kwintesencją pomagania jest historia Tamerlana, osieroconego czeczeńskiego chłopca. Poznała go 11 lat temu, gdy miał 7 lat i borykał się z wieloma trudnościami w nauce. Po miesiącach wspólnej pracy chłopiec zaczął przywiązywać się do nauczycielki i robić postępy. Po jednej lekcji dotyczącej zagrożonych gatunków zwierząt, Tamerlan zapytał Marinę, czy jeśli on zostanie ostatnim Czeczenem na świecie, czy stanie się „zagrożonym gatunkiem” objętym specjalną opieką. „Najważniejsze jest to, by zagrożone gatunki przestały być zagrożone” dopowiada Marina.

Olga, życzliwość na motorze

Olga Graboś przed pandemią nie wyobrażała sobie, że przyjdzie jej spędzić tyle czasu w jednym miejscu. Wcześniej sporo podróżowała motorem, między Bielskiem, Warszawą, a wschodem Europy. Odwiedziła Białoruś, Kaukaz, Tadżykistan i jako samotnie podróżująca jednośladem kobieta zawsze mogła liczyć na pomoc nieznajomych spotykanych na drodze. W głowie kołatała jej myśl, że kiedyś musi odwdzięczyć się za tę dobroć. Dlatego gdy znajoma poprosiła ją o pomoc w zdobyciu bonów spożywczych dla czeczeńskiej rodziny, zadeklarowała się, że ona może im zrobić zakupy.

Fot. Natalia Dutkiewicz

Jednorazowe wsparcie zamieniło się w regularne pomaganie, a cotygodniowe spotkania -okazją do wspólnych rozmów, zwierzeń. Olga wiedziała, że uwielbiają gotować i razem z innymi rodzinami z projektu Dzieci z Dworca Brześć angażują się w gotowanie posiłków dla seniorów i bezdomnych. Szukała więc miejsca, gdzie mogliby nie tylko rozdawać, ale też sprzedawać swoje wyroby. Tak znalazła kooperatywy spożywcze – lokalne społeczności dokonujące zakupów bezpośrednio od rolników, hodowców i producentów. Teraz rodziny  szykują cateringi dla wspólnot z Warszawy i okolic, a do ich budżetów wpadają dodatkowe środki!

Nie jest to jedyny projekt w jaki angażuje się Olga. W Ośrodku Pomocy Społecznej na warszawskiej Pradze pomaga dzieciom w nauce angielskiego i robi zakupy seniorom.  Najbardziej w pomaganiu cieszy ją to, że przez swoje działanie namówiła znajomych do tego samego. I że udało jej się pokazać, że wszędzie są dobrzy ludzi. W Polsce też!

 

Jan, morsowanie przed komputerem

Gdy w marcu 2020 roku Jan Gorski dowiedział się, że czwórka jego dzieci będzie musiała zostać w domu i uczyć się zdalnie, zorientował się, że nagle potrzebuje czterech dodatkowych komputerów. Z firmowego lamusa wygrzebał stary sprzęt, oczyścił go, dorzucił nowe dyski pamięci i dzieci były gotowe do e-lekcji. W archiwum zalegało jeszcze 20 komputerów i pomyślał, że pewnie więcej osób zostało nagle postawionych w takiej sytuacji. Napisane na Facebooku ogłoszenie o oddaniu sprzętu, uruchomiło lawinę pomagania, która trwa do dzisiaj.

Obecnie Jan zarządza organizacją Uwolnij Złomka skupiającą ponad 200 wolontariuszy. W tandemie z Hakersami, przekazali już około 1000 komputerów do zdalnej nauki. Sprzęt otrzymują od prywatnych osób i firm. Z pomocą wolontariuszy przedłużają im życie. Są nimi dzieci i nastolatkowie, którzy wpierw z pomocą instruktorów uczą się naprawiać komputery, a potem jak w fabryce Forda, składają sprzęt dla potrzebujących rówieśników. W lutym naprawionych komputerów było tak dużo, że nie zmieściły się w siedzibie stowarzyszenia. Część pakowania odbywała się na zewnątrz w temperaturze -10 stopni. Jan śmiał się, że przez przypadek wpisali się w trend morsowania.

Dla Gorskiego działanie w Złomku jest odpłacaniem za swoje szczęście – kochającą rodzinę i  prosperującą firmę. Wynika również z chęci zostawienia swoim dzieciom lepszego świata. W Polsce co roku kupowanych jest 5 mln komputerów, używanych przez około 4 lata. Ślad węglowy związany z ich zakupem odpowiada rocznej emisji CO2 przez Białystok. Jeśli udałoby się przedłużyć życie sprzętu o 2 lata – ślad zmniejszyłby się o połowę. Marzy mu się, że zmiana w systemie prawnym, która popularyzowałaby recycling sprzętu. Obecnie przez nakładany na darowiznę VAT firmom jest  taniej stary sprzęt zezłomować, niż przekazać go potrzebującym. Jan mówi, że jest „geekiem”, o dość analitycznym, a nie empatycznych charakterze. Praca w Złomku jest dla niego więc wyzwaniem – najbardziej cieszy go, że daje radę.

 

rys. Ania Jeglorz

Gospodyni, zaprasza dodatkowych gości

Hasło „zostań w domu” brzmi źle w kontekście osób w kryzysie bezdomności. Dlatego trójmiejska artystka, znana z wystawnych kulinarnych projektów wypełniających wnętrza galerii jedzeniem  w czasie pandemii przyłączyła się do projektu Food not Bombs w Gdyni.

Co tydzień, na placu Gdynian Wysiedlonych, spotykają się głodni i ci, którzy chcą karmić. Poza jedzeniem przynoszą też środki czystości, ciepłe napoje i czyste ubrania. Karmiąca ekipa zjawia się w każdą sobotę chwilę przed 12:30, niezależnie od pogody. Większość wolontariuszy Food not Bombs jest w wieku jej studentów, więc szybko odnaleźli wspólny język. Zwłaszcza, że młodzi aktywiści są zaangażowani i zorganizowani. Do gotowania posiłków korzystają z warzyw uratowanych ze sklepów. Wydają je w naczyniach jednorazowych przekazanych przez restauracje. Całemu działaniu towarzyszy idea „zero i less waste”, a wszystkie posiłki przygotowane są bez produktów pochodzenia zwierzęcego.

Dzięki zaangażowaniu w Food not bombs artystka czuje jak gospodyni, goszcząca ludzi w kryzysie bezdomności. Tak, jakbym spodziewała się więcej gości przy stole i wliczała to w domowy budżet i kalendarz. W wypełnionym sprawami tygodniu wygospodarowuje czas w piątek i sobotę na gotowanie. To daje jej życiu strukturę i dyscyplinę, radość z kontaktu z ludźmi oraz poczucie sprawczości. Jedzenie to sprawa większa niż talerz, a stół jest nie tylko obiektem estetycznym, ale etycznym. Może stać się instrumentem do realnej, społecznej zmiany.

 

Karol, przybija piątki

Karola Gregoruka, fotografa i fotoreportera, pandemia zaskoczyła podczas realizacji projektu fotograficznego na Bliskim Wschodzie. Ostatnim samolotem wracał do Polski, nie spodziewając się, że utknie w Warszawie na kilka miesięcy. Przed lockdownem razem z grupą fotografów, grafików i reporterów stworzył agencję RATS realizującą tematy związane z prawami człowieka. Pracowali ramię w ramię z aktywistami w strefach objętych konfliktem i dokumentując wydarzenia, miejsca oraz ludzi. Stali się głosem dla tych, których nie można usłyszeć.

W czasie lockdownu „został w domu” i patrzył z okna na opustoszałe ulice stolicy, na których uwidoczniła się obecność tych, którzy domu nie mają – osób w kryzysie bezdomności. Z dnia na dzień zostały pozbawione wsparcia instytucji. Nie mając dostępu do informacji, nie wiedziały dlaczego ludzie nagle zniknęli z miasta. Gregoruk, mając już doświadczenia z mieszkańcami obozów dla uchodźców, nie bał się podchodzić do nich i pytać, czego potrzebują i czy wiedzą o pandemii. Pomaganie innym – uzależnia, dlatego zaczął szukać pomysłu jak im pomóc. Tak trafił na aktywistkę Lusię Żagałkowic związaną z inicjatywą Serce Miasta i kilku innych „gigantów” – osób zaangażowanych w pomoc bezdomnym. Razem zaczęli działać, wpierw zapewniając ciepłe posiłki, odzież, a z czasem wsparcie ekspertów, a nawet wizytę u fryzjera i zdjęcie do  dowodu osobistego. Po niemal roku pracy Serce Miasta bije zdrowo i właśnie zajmuje się remontami mieszkań, które mają pomóc ludziom wychodzić z kryzysu.

Karol nie ukrywa, że pomaganie daje mu poczucie sensu i bycia potrzebnym. Pomimo lockdownu poznał fantastycznych ludzi i stał się innym człowiekiem. Jeszcze rok temu dziwili go znajomi witający się serdecznie z bezdomnymi. Teraz sam nie ma tej blokady i chętnie przybija z nimi piątki i uściski. Nauczył się cenić takie błahe gesty, bo to właśnie dzięki nim oswajamy bezdomność. Za swój największy sukces uznaje wpływ jego pracy na znajomych. Jakiś czas temu jego brat szedł przez Park Praski z koleżanką gdzie zobaczyli jak pięcioro dresów okłada leżącego na ziemi bezdomnego. Z krzykiem pobiegli w ich stronę, a przestraszeni mężczyźni uciekli. Kiedyś odwrócili, by wzrok „by się nie gapić”. Wtedy, uratowali komuś życie.

 

Tekst: Aleksandra Tatarczuk

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 28

  • nr 27

  • nr 26

  • nr 25

  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa

  • Warszawa