JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE

Mama dawała mu stuff

W środę odebraliśmy telefon. Czy chcecie zjeść śniadanie z Etgarem Keretem? Przyjeżdża do Polski za kilka dni ze swoją mamą Orną. Jasne, że chcemy! A nawet chętnie dla niego to śniadanie przygotujemy. W sobotni poranek w warszawskiej kawiarni Dwa Osiem czekaliśmy w pełnej gotowości. Wiedzieliśmy, że Keret nie je mięsa, więc przygotowaliśmy trzy wegańskie dania i deser. Na lunch podaliśmy buraczany chłodnik z grillowanym koprem włoskim, kminem i kokosowym jogurtem, francuskie tosty z nasionami chia, twarożkiem migdałowym o smaku wody różanej i konfiturą z rabarbaru i kwiatami nasturcji, chrupkie paczuszki z papieru ryżowego nadziewane tabbouleh z młodymi listkami z winegretem z ouzo z sosem tahini, sałatkę z bobu, daktyli i pęczaku. Etgar Keret stwierdził, że był to prawdopodobnie najlepszy posiłek, który zjadł w Polsce.
Kiedy Orna i Etgar pojawiają się w bramie praskiego podwórka, wszyscy jesteśmy bardzo spięci. My, bo mamy rozmawiać z ulubionym pisarzem, Orna, bo to jej pierwsza wizyta w Polsce od czasów wojny. Wcześniej nie miała odwagi tu przyjechać. Jej dom już nie istnieje, niewiele miejsc wygląda dziś jak wtedy, gdy tu mieszkała. „Z Polski zostały mi tylko smaki i zapachy” – mówi. „W każdym jabłku szukam smaku tego z polskiego sadu”. Po drugim daniu atmosfera się rozluźnia. A kiedy Orna zaczyna czyścić chusteczką ekran smartfona, na który nagrywamy rozmowę, i mówi: „Nie mogłam na to patrzeć, teraz znacznie lepiej. Tak to jest, kiedy bierze się mamę na wywiad” – czujemy się zupełnie jak na rodzinnym śniadaniu.
Twoją domeną są krótkie formy literackie. Czy tak samo jest z kuchnią ‒ wolisz przekąski od głównych dań?

Zdecydowanie. Przekąski zwykle są smaczniejsze. To tak jak w kinie. Często najlepsze są role epizodyczne. Protagonista bierze
na siebie ciężar całego filmu. Aktor drugoplanowy już nie, dzięki czemu może być nietuzinkowy, nieprzewidywalny, barwny. Podobnie jest z jedzeniem – główne danie ma być sycące i zdrowe, z przekąskami kucharz może zaszaleć. Mam taką strategię, że w restauracjach biorę dwie, trzy przekąski zamiast dania głównego.
Kiedy podróżujesz po świecie, szukasz wyjątkowych miejsc kulinarnych?
Niespecjalnie. Znam natomiast większość sklepów z zabawkami (śmiech).
A w Izraelu?
Kiedy Anthony Bourdain [amerykański szef kuchni, autor telewizyjnych programów kulinarnych przyjechał do Izraela i poprosił mnie, żebym pokazał mu coś wyjątkowego w naszej kuchni, zabrałem go na kultowy sabich. To jedyne prawdziwie izraelskie da- nie kuchni ulicznej. Cała reszta to arabszczyzna. Sabich składa się z bakłażanu, jajek, sosu z marynowanych owoców mango i hummusu. Jest bardzo aromatyczny. Jak go zjesz, cały przesiąkasz zapachem przypraw. Przepyszne!
Gdzie można go kupić?
Wszędzie, ale oryginał tylko w jednym miejscu. Człowiek, który go wymyślił, ma około 70 lat. Wciąż prowadzi swoją budkę z jedzeniem. Kiedyś sprzedawał papierosy i inne rzeczy, którymi zwykle handluje się w kioskach.
Ludzie dopytywali się, czy ma też coś do jedzenia, więc wymyślił te kanapki. Najpierw nie miały nazwy, ale klienci mówili: „Sabich, daj mi jeszcze jedną”, i tak powstała. Przed kioskiem zawsze ustawia się długa kolejka. Czeka się około 40 minut, bo Sabich wszystko robi własnoręcznie i nikogo nie zatrudnia do pomocy. W oknie wisi powiększona kopia jego prawa jazdy, żeby klienci mieli pewność, że jedzą produkt autentyczny. Przyrządzenie idealnego sabich wymaga chirurgicznej precyzji, bo wszystkie składniki są rozdrabniane w środku, w picie.
Podobno jesteś wegetarianinem już od piątego roku życia. W jakich okolicznościach podjąłeś taką stanowczą decyzję?

Tata zabrał mnie do kina na film „Bambi”. W jednej ze scen myśliwi zastrzelili matkę jelonka. Rozpłakałem się. Tata spytał: „Co się stało?”. „Płaczę, bo myśliwi bez powodu zabili mu mamę” – odpowiedziałem. Na to tata, chcąc mnie pocieszyć, mówi: „Nie, nie. Mają powód ‒ chcą zrobić z niej sznycel”. Wtedy postanowiłem, że nigdy nie wezmę do ust mięsa – kawałka mamy jelonka Bambi.
Co na to pani Keret?
Orna: Powiedziałam do męża: „Wiesz, że nasze dziecko jest bardzo uparte. Nie ma sensu z nim walczyć. A jeśli pozwolimy, za dwa miesiące mu się znudzi, zobaczysz”. Nie znudziło mu się do tej pory.

Ale na pewno wiązało się to z utrudnieniami w konstruowaniu rodzinnego jadłospisu.

Dorastałem w latach 70. Półki w sklepach były puste. Mama wymyśliła więc pewne danie na bazie soi, coś na kształt gulaszu, które nazwaliśmy „the stuff”. Gotowała to w ogromnych ilościach i mroziła, bo przygotowanie sojowych kulek było bardzo pracochłonne. Przypominało trochę proces laboratoryjny. Wszystkim bardzo smakowało, niektórzy nawet udawali wegetarian, żeby tylko trochę skosztować. The stuff stał się legendą. Kiedyś Ari Folman [reżyser i dziennikarz, zdobywca Złotego Globu za „Walc z Baszirem”] przeprowadzał ze mną wywiad w domu moich rodziców. Potem napisał, że to danie uzależnia i że ludzie błagają moją mamę ze łzami w oczach, żeby dała im choć odrobinę. Po jakimś czasie sąsiedzi zaczęli dopytywać, czy aby na pewno to, co mama robi, jest legalne. Bo w gazecie przeczytali, że produkuje jakieś narkotyki (śmiech). Oj, w ogóle musicie poznać moją mamę od tej strony, to prawdziwy Aleksander Wielki kulinariów. Doskonale gotuje, ale jest w stanie wojny jedzeniowej z całym światem. Kiedy idziemy razem do restauracji i mówię, że coś mi smakuje, mama odpowiada: „Jutro ci to ugotuję. Lepiej”. I tak rzeczywiście jest.

 

Orna (śmiejąc się i kiwając głową na potwierdzenie słów syna): Spytajcie mojego wnuka Leva, on wam powie, kto najlepiej gotuje.

 

A ty gotujesz, Etgar?

Zdarza się, ale kucharzem jestem beznadziejnym. Moja poprzednia dziewczyna była krytykiem kulinarnym. Z okazji urodzin zażyczyła sobie, żebym przygotował dla niej kolację. W mieszkaniu nie miałem kuchenki ani mikrofalówki, więc w czajniku elektrycznym ugotowałem jajka i przyprawiłem je majonezem. Bardzo się starałem. Kiedy spytałem, czy jej smakowało, odpowiedziała dyplomatycznie: „Umówmy się, że w tej chwili nie jestem krytykiem kulinarnym, tylko zakochaną dziewczyną”.

 

Za to piszesz o jedzeniu.

Napisałem kilka opowiadań, w których wątek jedzeniowy się pojawił. Np. „Beans from a Can”. To historia człowieka, którego w środku nocy budzi potworny głód. W lodówce znajduje tylko puszkę fasoli, ale… nie ma otwieracza. Bardzo egzystencjalna historia: to, czego najbardziej pragniesz, jest zwykle na wyciągnięcie ręki, ale i tak nie możesz tego dosięgnąć. Osobiście uwielbiam fasolę. I ziemniaki. Menu na moim weselu składało się z wariacji na temat tych dwóch składników. Przyjaciele nazwali je później więziennym.

W kuchni czuję się bezradny. Jak już wspomniałem, przez lata żyłem w mieszkaniu bez kuchenki czy mikrofalówki. O jedzeniu z puszek wiem wszystko. Najbardziej lubię fasolę firmy Heinz. To pyszne śmieciowe jedzenie. Jej przesadzony smak, porównałbym do…

 

…seksownej, ale wulgarnej dziewczyny?

Dresiary, kobiety, z którą nigdy byś się nie umówił, ale czujesz, że jest w niej coś, co cię pociąga (śmiech).

Napisałeś też esej o hummusie.

 

Tak, jestem wielkim fanem, a nawet, można powiedzieć, koneserem hummusu. Znam się na nim jak znawcy win na winach.

Mówisz w wywiadach, że jedzenie cię nie interesuje. Ale opowiadasz o smakach z wielkim zaangażowaniem.
Rodzice przetrwali Holocaust, stąd pewnie moja postawa: „Jeśli masz co jeść i nie chodzisz głodny, to jest już całkiem nieźle”. Ponadto jestem wegetarianinem. Siłą rzeczy opcje wyboru mam ograniczone.

 

Można powiedzieć, że w twoim życiu jedzenie i ideologia się przeplatają. Podobno dzięki pewnemu śniadaniu, które zjadłeś
w towarzystwie Jacques’a Derridy i dwóch pisarzy z Palestyny, twoja książka ukazała się w języku arabskim?

Tak. Wkrótce po zamachach z 11 września pojechałem do Stavanger w Norwegii na festiwal literacki pod hasłem: „Axis of Evil, Axis of Hope”. Zgodnie z planem miałem wystąpić w części poświęconej autorom wywodzącym się z niespokojnych rejonów świata. Jednak poinformowano mnie, że z powodów organizacyjnych moje wystąpienie zostało przeniesione do panelu pt. „Kobiety, które zaczęły pisać pod wpływem doświadczenia macierzyństwa”. Sytuacja była dla mnie dość niezręczna, ale się zgodziłem. Wkrótce spotkałem dwóch palestyńskich pisarzy, z którymi pierwotnie miałem wystąpić. Powiedzieli: „Lubimy cię, nic do ciebie nie mamy, ale nie możemy usiąść na scenie z okupantem. Mamy nadzieję, że nas zrozumiesz”. Odpowiedziałem, że kompletnie tego nie rozumiem, ale szanuję ich decyzję. Końcowe wystąpienie miał wygłosić Jacques Derrida. Zamiast tego publicznie skrytykował organizatorów. Dostało się też pisarzom z Palestyny. Był bardzo poruszony całą sprawą. „Mówicie, że chcecie pokoju, a jaki dajecie przykład swoim czytelnikom? Jeśli wy nie chcecie usiąść obok liberalnego, lewicowego pisarza, to jak przywódcy waszych krajów mają się spotkać, usiąść przy jednym stole i się dogadać?!” – krzyczał ze sceny. Skończyło się wielką awanturą, którą oglądało kilkaset ludzi na widowni. Norwegowie, nastawieni bardzo pokojowo, postanowili nas pogodzić, proponując wspólne śniadanie.

 

Doszło do tego?

Wyobraź sobie, że tak! Następnego dnia usiedliśmy razem przy stole. Było bardzo miło. Kiedy wróciłem do Izraela, wysłałem kopię mojej książki pt. „Historia o kierowcy autobusu, który chciał być Panem Bogiem” jednemu z Palestyńczyków. Po kilku miesiącach odpisał, że bardzo mu się podoba i że chciałby, aby ukazała się w jego kraju. I w taki właśnie sposób moja książka przekroczyła granicę izraelsko-palestyńską. W szczytowym momencie konfliktu między naszymi krajami. Ta historia ma też bardzo osobisty wymiar. Palestyński pisarz, o którym mówię, zmarł tydzień przed wyznaczoną datą publikacji mojej książki. Na zawał serca. Miałem jeszcze czas, żeby zadedykować mu to arabskie wydanie.

 

Wzruszające…

Książka sprzedawała się bardzo dobrze. Nie wiem jednak, czy rzeczywiście wiele ludzi ją przeczytało, czy to przedstawiciele Hamasu masowo ją wykupowali i palili. Pewnie nigdy się nie dowiem.

 

To niesamowite, że twoje książki docierają tam, gdzie ty nie możesz.
Tak. Jestem na przykład bardzo popularny w Malezji, ale z izraelskim paszportem nie mogę tam pojechać. Co więcej, wydawca nie może mi zapłacić, bo czek, który wystawił, nie jest respektowany w izraelskich bankach. Kiedyś zostałem zaproszony na festiwal literacki do Indonezji i miałem wielkie problemy z przekroczeniem granicy. To zabawna historia, ale nie mogę jej opowiedzieć, bo moja mama tu siedzi (śmiech).

 

Orna: Jestem głucha na jedno ucho, nic nie słyszę. Opowiadaj.

Zaproszono mnie na wyspę Bali, gdzie z izraelskim paszportem nie mogłem tak po prostu pojechać, bo nasze kraje zerwały stosunki dyplomatyczne. Organizatorzy festiwalu, uruchamiając kontakty w ambasadzie, postanowili mi pomóc. Nawet zatrudnili osobę od takich trudnych transferów, która pomaga przewozić krokodyle czy inne tego typu ładunki (śmiech). Przed przyjazdem na Bali zatrzymałem się u brata w Bangkoku. Zanim przekroczyliśmy granicę, bardzo się stresowałem, więc mój brat powiedział: „Nie możesz być taki spięty, to wzbudzi podejrzenia, musisz się wyluzować”. I podał mi jointa. Urzędnicy indonezyjscy odprawiali mnie z kwitkiem, wyzywając od najgorszych i grożąc, że nas zastrzelą, jeśli jeszcze raz się tam pokażemy, co strasznie nas rozbawiło. Pokładaliśmy się ze śmiechu. Za trzecim razem się udało. W okienku przywitał mnie uśmiechnięty pracownik ambasady, przybił pieczątkę i życzył udanego lotu. Był to znajomy organizatorów festiwalu, który wreszcie wrócił do pracy po chorobie. Z samolotu eskortowano mnie aż pod drzwi taksówki.

 

Ale historia!

To jeszcze nie koniec! W ramach zadośćuczynienia organizatorzy obiecali zakwaterować mnie w najlepszym apartamencie, jaki mieli do dyspozycji: pokoju Julii Roberts z filmu „Jedz, módl się, kochaj”. Zwykle mieszkają tam najbardziej uznani autorzy, a na festiwalu było trzech laureatów Nagrody Nobla, którzy dostali gorsze pokoje, więc miałem to zachować w sekrecie. Wchodzę do pokoju, a tam przez okna widać dżunglę, do basenu wpływa woda wprost z górskiego wodospadu. Więc co zrobię? Błyskawicznie zdejmuję ubranie i wskakuję do basenu. Po chwili słyszę pukanie do drzwi. To pracownik hotelu. Mówi, że zaszła pomyłka i że mam się przenieść gdzie indziej. Przez kilkanaście minut błagałem go, żeby pozwolił mi tam zostać, ale był nieugięty. Mówiłem: „Pozwól, choć na jedną noc. Pochwaliłem się już żonie i przyjaciołom”. A on na to: „Nie rozumiesz. To pokój Javiera Bardema. Ty dostaniesz pokój Julii Roberts. Jest lepszy!”.

 

Wracając do używek. W twoim opowiadaniu „One Gram Short” mężczyzna przesiaduje codziennie w kawiarni, gdzie pracuje kelnerka, która bardzo mu się podoba. Wpada na pomysł, że wspólnie wypalą jointa, bo nie wystarcza mu odwagi, żeby zaprosić ją do kina czy na obiad. Myślisz, że palenie marihuany jest czynnością mniej intymną niż wspólne jedzenie?

Jeśli zaprosisz dziewczynę na obiad i ona się nie zgodzi, to tak, jakbyś dostał kosza. A jeśli spytasz, czy wypali z tobą jointa, a ona odpowie: „Nie”, to możesz sobie racjonalizować, że znaczy to tylko tyle, że nie pali marihuany. Myślę, że wspólne palenie jointów to czynność bardzo zmysłowa i intymna jednocześnie. Dzielenie sekretu. Marihuana w wielu krajach jest nielegalna, a palenie osłabia mechanizmy obronne, więc jeśli decydujesz się z kimś zapalić, to znaczy, że sobie ufacie.

 

„One Gram Short” to też wnikliwa obserwacja życia kawiarnianego. Dużo czasu spędzasz w takich miejscach. Zdarza ci się pisać w kawiarni?
Nigdy. Kiedy piszę, tracę kontakt z rzeczywistością. Przenoszę się w inny wymiar. Czasem też dziwnie się zachowuję, np. mówię sam do siebie. Wtedy nie cierpię, jeśli ktoś mi przeszkadza. Mam swoją ulubioną kawiarnię, w której bywam prawie codziennie. Przychodzi tam mnóstwo moich znajomych. Wyrwanie się ze skupienia i powrót do rzeczywistości, żeby np. z kimś się przywitać, porównałbym do podróży lotniczej między Izraelem a Warszawą.

 

Jak się nazywa to miejsce?

Café Michal. To kawiarnia na rogu ulic Jabotinsky i Dizengoff, nieopodal mojego mieszkania. Panuje tam rodzinna atmosfera, wszyscy się znają. Któregoś dnia zwolniono barmana, bo w niezbyt miły sposób potraktował jednego z gości. Napisałem petycję w jego obronie. Brzmiała mniej więcej tak: „Wiemy, że zachowanie barmana było dalekie od ideału, ale my, stali klienci, też nie jesteśmy idealni. Dlatego nie zasługujemy na kogoś, kto byłby lepszy od nas ‒ sami przeklinamy i nie jesteśmy miłymi ludźmi. Doskonale więc do siebie pasujemy”. Podpisało ją około 40 osób. Barman znów tam pracuje.

Orna: A Lev, mój wnuk, dorabia sobie tam. Pieniądze wydaje na karmę dla kotów. Mówi, że prowadzi dla nich restaurację. Tak, pracuje za barem. Ostatnio nauczył się robić mojito. Oczywiście bezalkoholowe.

 

A ty co zwykle zamawiasz w kafejkach, masz jakieś ulubione napoje?
W ogóle wolę pić, niż jeść. Najbardziej lubię sok marchwiowy. Gdy miałem pięć lat, zażyczyłem sobie na urodziny sokowirówkę. Wtedy sok marchwiowy zacząłem pić litrami, aż zrobiłem się cały pomarańczowy i mama musiała wyrzucić maszynę. W kawiarni zamawiam zawsze zielony sok z warzyw. Gdy przekraczam próg lokalu, obsługa mówi: „O, przyszedł pan sałata”.

 

Czy wypicie w kawiarni szklanki soku jest jednym z twoich codziennych rytuałów?

Codziennie rano zawożę syna do szkoły. Na lunch zwykle jemy hummus, potem wożę go na różne zajęcia, a późnym popołudniem jedziemy na mój ulubiony sok.

A gdzie czas na pisanie?

Szczerze mówiąc, nie mam go za wiele. Gdy muszę z czegoś rezygnować, zazwyczaj rezygnuję z pisania. Kiedy mój syn chce ze mną pograć w piłkę, mama albo moi studenci proszą mnie o pomoc, trudno jest mi odmówić. Nikt natomiast mnie nie prosi, żebym pisał. Pisanie jest dla mnie zawsze na drugim miejscu wobec życia. Bardziej zależy mi na tym, żeby być dobrym ojcem, synem czy mężem, niż żeby być dobrym pisarzem. Nawet najlepszy pomysł na opowiadanie przegrywa u mnie z przyrządzaniem synowi jajecznicy.

W Polsce promujesz swoją książkę dla dzieci pt. „Kocioludek Długowłosy”.
To bajka o chłopcu, który udaje, że jest egzotycznym zwierzęciem, dzięki czemu może żyć, jak chce. Bo wbrew powszechnej opinii bycie dzieckiem to bardzo opresyjne doświadczenie. Zwykle mitologizujemy dzieciństwo, wydaje się nam, że gdy byliśmy mali, nie mieliśmy żadnych obowiązków, byliśmy wolni i beztroscy. Wcale tak nie jest. Dziecko musi przestrzegać tysiąca reguł, których samo nie ustaliło. Zauważyłem, że kiedy każę mojemu synowi coś zrobić, to on albo się buntuje, albo wpada w depresję. Dlatego zawsze staram się dać mu możliwość wyboru.

Czyli ta książka powstała z inspiracji twojego syna?
Zdecydowanie tak. Zaimprowizowałem dla niego bajkę na dobranoc. Gdy skończyłem opowiadać, Lev powiedział: „Kiedy zasnę, idź do komputera i spisz tę historię. Zrobimy z tego książkę”. „Dlaczego?” – spytałem. On na to: „Żyjemy z twojego pisania, myślałem, że to wiesz” (śmiech).

Etgar Keret (ur. w 1967 r.) – światowej sławy pisarz izraelski. Wirtuoz krótkiej formy i mistrz opisywania świata z dziecięcego punktu widzenia. Jego tomy opowiadań nie tylko świetnie się sprzedają, ale też, jak twierdzą księgarze, są najczęściej kradzionymi książkami w Izraelu. W Polsce popularny jest od roku 2000, kiedy to ukazał się jego zbiór „Gaza Blues”.

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 29

  • nr 28

  • nr 27

  • nr 26

  • nr 25

  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa

  • Warszawa

  • Berlin