Kiedy pierwszy raz pomyślałeś: będę artystą?
Chyba nigdy. To klasyczna wpadka, nie zabezpieczyłem się na taki scenariusz. Byłem przeświadczony, że moim powołaniem jest dźwięk, który wszystko wokół mnie splatał. Wyobraźnia ma tu największe pole manewru, no i walczysz z wrogiem, którego nie
można ujrzeć. Nie sądziłem też, że muzykowanie wpisuje się w listę praktyk artystycznych. Dla mnie słowo „artysta” padało wtedy, kiedy ktoś z groźnie wyglądającego wypadku, i to po alkoholu, wychodził cało. Wtedy babcie obserwujące to przy płocie mówiły: „A ten to dopiero artysta”.
To skąd to przejście?
Kiedyś postanowiłem wykonać grafikę do powstałych nagrań muzycznych w technice offsetowej. Brakowało mi wyspecjalizowanych maszyn i finansów, by móc zasiąść nad taką okładką. Znajoma osoba wskazała mi drogę do spełnienia tych marzeń (domorosłego grafika), podsunęła pomysł, by złożyć papiery na studia artystyczne, bo tam wszystkie materiały i maszyny otrzymam w gratisie, o ile się dostanę. Nie wiem jak, ale się dostałem. No i wraz z pierwszym dotknięciem gliny i zanurzeniem się w technikach graficznych odleciałem, zapominając o warstwach dźwiękowych, o które tak zabiegałem.
Miałeś predyspozycje? Artystyczne geny?
Miałem ogromne szczęście, że rodzice pozwalali mi na autoedukację, na luz i wypracowanie własnego widzenia i rozumienia świata. To im zawdzięczam mój obecny stan umysłowy i wykonawczy, fizyczny… Puszczali mnie z domu na cały dzień, bez szczególnej opieki. Dziś wykastrowane z wiedzy o życiu siły rządzące i martwe zapisy prawne wymierzają wysoką karę odsiadki za niedopilnowanie młodocianego człowieka. Jak mamy się nauczyć życia, nie wychodząc z domu, nie wpadając w kłopoty, czy też na inne indywidua ludzkie. Tylko od „innych” możemy się nauczyć czegoś, co nie spoczywa w naszym genomie, co pchnie nas daleko od drogi poznawczej rodzicieli.
Trzeba mieć szczęście do ludzi.
Ja miałem. Spotkane na drodze zacne osobowości miały wtedy czas i chęci, by rozmawiać z dzieciakami, bo i tak przesiadywały na progach swych domów. Dziś tego nie uświadczysz, bo co drugi to na pewno pedofil… Wszyscy ludzie są schowani i ograniczani odgórnie narzucanymi prawami.
Co jeszcze sprawiło, że tym artystą jednak zostałeś?
Wpłynęły na to nadczynność ruchowa i predyspozycje do ciągłej pracy, wynikające z mojego pochodzenia. Cała rodzina to klasa robotnicza i rolnicy uprawiający ziemię. Dlatego nie nadaję się do siedzenia w domu i rysowania kwiatków. Muszę dźwigać, przenosić, magazynować, rozwozić, rozmawiać, rozważać i dobrze rachować. Tylko chroniczne zmęczenie fizyczne sprawia, że umysł mam świeży, dotleniony, wstrząśnięty, nie zmieszany. To wspiera mnie w chwilach przeciążenia, pozwala wymyślać skróty oraz zawiłe sposoby na sztukę. W transie zmęczeniowym i przy kończącym się czasie na montaż wystawy wyłaniają się trafne decyzje, które oszczędzają mnie i mój czas. Pojawiają się też obrazy tożsame z oczekiwaną estetyką, które miewam tylko podczas snu, a tu, proszę. Przy wypracowanej manualności mogę to wszystko nakreślić czy zbudować, i zależy mi, by w dalszym ciągu to w sobie pielęgnować.

Podobno pierwsze kroki w świecie plastyki stawiałeś, produkując imitacje znaczków pocztowych i biletów autobusowych dla swojej rodziny? Wierzyłeś, że będą funkcjonować tak, jak oryginały?
Już w szkole podstawowej podrabianie dokumentów było sposobem na godne życie. Nie miałem szans na zakup płyt, kaset, czy nawet plakatów z zespołami muzycznymi, to wziąłem się za ich wykonywanie. W formatach zgodnych z oryginalnymi, gorzej było z zapleczem technicznym. Miałem do dyspozycji stare, czyste kartki książek z biblioteki, z pierwszych i ostatnich stron, oraz maczane w ustach lub occie kredki pastelowe.
I co z tego wychodziło?
Nie była to poligrafia jak ze snu, ale dawała mi poczucie obecności lepszej, „obcozachodniej” kultury graficznej. Często wykonane ręcznie kopie miały w sobie coś znacznie bardziej ujmującego, pewnie błędy, ale wygenerowane z kodu własnego. To powodowało, że bez żalu oddawałem pożyczony pierwowzór, a obnosiłem się z wyrysowanym wtórnikiem. Później wykonywałem bilety miesięczne dla większości rodziny, by móc przyspieszyć swoje życie, przynajmniej w pokonywaniu odległości, bo nie mieliśmy samochodu. Były też znaczki pocztowe, recepty i dokumenty. Kilka osób pojechało do Stanów, bo udało mi się przedłużyć im indeks, stawiając, a w zasadzie rysując, pieczątkę kontynuacji studiów. Kiedy sam dostałem się na studia, te praktyki wyprowadziłem z życia i przeniosłem je do sztuki. To odpowiednia platforma dla takiego procederu.
A potem były imitacje okładek płyt i kaset magnetofonowych. Które pamiętasz najlepiej?
Okładek płyt i powycinanych w technice kolażu wkładek do kaset zrobiłem bardzo dużo. Miałem zamówienia od znajomych, by wykonać podobne rysunki do płyt ich ulubionych formacji muzycznych, przez co poznawałem też „obce” środowiska typograficzne. To mnie uczyło pokory i pewnej dyscypliny do druku z ręki. Większość zamówień to kapele z obiegu, np. TSA, Iron Maiden, Saxon, z uwagi na wzbogaconą warstwę wizualną, czy późniejsze thrashmetalowe i deathmetalowe produkcje: Slayer, Venom czy Vader – te już z przekonań muzycznych.
Co jeszcze kopiowałeś?
Podrabiałem te przedmioty, które chciałem posiadać. Stemple ręczne z XIX wieku, pierwsze strony bardzo starych książek, pudełka z pięknymi etykietami, czy banknoty z dobrze wymyśloną szatą graficzną. Kopiowałem muzykę na tanich instrumentach, by zbliżyć się sposobem rejestracji i realizacji dźwięku do poziomu wysokobudżetowego. Sfabrykowałem też swoją metrykę, by do konkursu artystycznego skierowanego tylko do absolwentów szkół wyższych dostać się z pozycji studenta. To zainaugurowało trwającą do dziś, jak to nazywają, karierę wystawienniczą.
Im dalej w las, tym grubiej. Wstawiasz replikę wagonu bydlęcego do Hamburger Bahnhof, budujesz kopię zdewastowanej polskiej kamieniczki w belgijskim Blankenberge, cmentarz z wiernie odtworzonymi nagrobkami w galerii w Warszawie, bunkier z II wojny światowej w Londynie. Krytycy nazywają cię „geniuszem atrapy” i „fałszerzem rzeczywistości”. To bardzo szczegółowa analiza dziedzictwa materialnego, które gestem artysty zostaje podniesione do rangi sztuki.
Najważniejszy w tych realizacjach jest brak oryginału. Mało tego, historie, które opowiadam za pośrednictwem wytworzonych lub zebranych przedmiotów, nigdy się nie wydarzyły, mają jedynie aurę prawdopodobieństwa zaistnienia naprawdę. Kopiowanie samo w sobie jest nudnym zajęciem, choć bardzo pouczającym. Jeśli jednak zaczniesz składać to wszystko tylko z dwóch „składników”, własnych drzemiących zasobów genetycznych i niekończących się depozytów cudzych bibliotek, to powstanie koktajl Mołotowa, gotowy namieszać we właściwej ocenie wystawianej sztuki.

Tworzenie tych precyzyjnych replik rzeczywistości wydaje się bardzo metodyczne, wręcz obsesyjne.
Bardzo ważna jest maniakalna, wielomiesięczna i szczera praca, niepoddająca się ustaleniom instytucjonalnym i barierom technologicznym zaplanowanych prac. Najważniejsze jest, by zrobić powtórzenie, którego nie było… Powtórzenie z ładunkiem mocniejszym o dystans, który ma tu miejsce, i kontekst jego osadzenia we współczesności. Dzięki temu raz jeszcze możemy zerknąć na sytuacje, osoby lub zdobycze ludzkości, które przeoczyliśmy, bo nie mogliśmy przebywać we wszystkich miejscach i ze wszystkimi, bo dotyka nas nieustające przyspieszenie technologiczne. Obsesja jest mile widziana, by prowadzić wielokanałowe rozpoznania, badania na tkance ruchomej i nieruchomej. To często korzystny stan chemiczny umysłu, sprzyjający śmielszym zanurzeniom tam, gdzie jest już za późno lub jeszcze nie wolno.
Wierne odtwarzanie rzeczywistości jest takim prostym odruchem początkującej sztuki. Ale XX-wieczna sztuka abstrakcyjna czy pojęciowa ich nie szanuje. Tobie jednak udało się przekuć precyzyjne kopiowanie świata w sztukę konceptualną.
Kiedy kreuję, nie zastanawiam się, czy jednych zadepczę, a drugich zagłaszczę. Muszę być w zgodzie przynajmniej ze sobą. Może tylko pokazałem, jak dużo można jeszcze powybierać z zakurzonych i odłożonych mądrości, jak polemizować z nimi we współczesności. Na każdym etapie podejścia do sztuki decyduje wewnętrzna umiejętność i przetestowana na różnych poligonach wrażliwość estetyczna. Nawet z rysunku dziecięcego można uczynić świetną rozprawę konceptualną.
Czy są rzeczy, zjawiska, które wydają ci się nie do podrobienia? Myślałeś o tym, żeby spróbować, ale jednak się poddałeś?
Nie chcę udowadniać sobie lub innym, czy uda mi się coś podrobić, czy jednak poniosę porażkę. „Podrabiam” tylko rzeczy, których z pewnych przyczyn nie mogę odszukać, a są mi niezbędne do ustanowienia precyzyjnego przekazu. Często odpuszczam pomysły, w których nie mógłbym zebrać większości wymyślonych potrzeb. Jak do tej pory wszystkie – ponad 400 wystaw – odbyły się w zaplanowanym czasie i jestem z nich zadowolony. One pomogły mi znaleźć się w obecnym punkcie, mutując moją wrażliwość i „możebność” niektórych realizacji artystycznych.
Wydaje się, że jesteś doskonale zorganizowany. Powiedziałeś, że zalążki wystaw nosisz w sobie do momentu, kiedy pojawiają się dobre okoliczności, żeby je zrealizować. Czekają na swój czas. Czasami długo.
Tak jest z kilkoma pomysłami, które czekają na odpowiednią kubaturę wnętrz, co do wysokości, liczby kondygnacji czy światła dziennego. Wszystko przecież wpływa na końcowy odbiór wystawy. Nie wyobrażam sobie kompromisu w tej materii, by pokazać czegoś mniej lub gorzej. To spokojnie drzemie w moich zasobach i nabiera mocy. Dobrym przykładem jest wpuszczenie swojego umysłu w „plan bezograniczeniowy”, w którym do dyspozycji dostajemy niezliczoną ilość osób do pomocy, sporo czasu na realizację i finanse z dużą liczbą zer po dowolnej cyfrze.
Szczyt komfortu!
Taki stan komfortu może też zabić, ale mnie osobiście pomaga z niemożliwego wybrać to, co jest prawie możliwe i osiągalne za mojego życia. Czas nie ma dla mnie znaczenia, jestem gotów przekazać zaczętą pracę zdeklarowanym kontynuatorom, jeśli z pewnych przyczyn odejdę z tego globu. Nie programuję wystaw „od – do”. Mniejsze pokazy budują fundament wystaw bardziej monumentalnych. Dobrze jest uczestniczyć we wszystkich procesach, nie dzielić ich na pracę w studio i w muzeum czy galerii. Ja nie mam pracowni, wszystko organizuję i wykonuję już w wybranej przestrzeni wystawienniczej. Chyba że dostaję propozycję zrobienia czegoś w miejscu publicznym, a to rządzi się już innymi prawami.
Na przykład?
Miałem pomysł wysiedlenia połowy miasta w bardzo krótkim czasie, tak by wprowadzana tam przeze mnie osoba poczuła się winna tej „likwidacji” społeczności. By zagościł w niej niepokój, kiedy na przykład wychodzi ze sklepu i okazuje się, że świat jest bezludny, inaczej niż przed wejściem do niego. Sam poddałbym się takim zabiegom, wydają mi się silniejsze od wybitnego filmu czy książki. Niestety liczba osób do przekonania, podpisywanie z nimi umów, RODO i adaptacja pomieszczeń w promieniu występowania akcji oddalają ten projekt znacząco.
To chyba już pandemia zrealizowała za ciebie ten projekt…
Ale chodziło o to, żeby można było wejść do opuszczonych mieszkań. Najpierw sam sobie zadaję pytanie, czy zostawiłbym swoje mieszkanie dla sztuki. No i miałbym opory, czy ktoś nie nadużyłby gościnności, przechadzając się po mej komnacie. W ten sposób połowa projektów wylatuje w kosmos, ale muszę je wyartykułować, sprawdzić, przerobić na własnej skórze. Potem zostaje kilka i
czekam na dobry moment – przestrzeń, budżet, kuratora, żeby je zrealizować.
A teraz jaki jest moment?
Kiedy w czerwcu zadzwoniła Anda Rottenberg w sprawie projektu dla bydgoskiego BWA, poprosiłem, żeby dała mi trzy dni na określenie się w temacie wystawy indywidualnej. Znałem już przestrzeń galerii, więc wyprałem głowę, wylałem sobie ten problem na swoje wygłodniałe i zarazem krytyczne oczy, po czym zapadła decyzja, że robimy „Four-Bidden Museum”.
Cztery identyczne mieszczańskie pokoje z końca XIX wieku umiejscowione na planie swastyki – każdy wyposażony w szereg historycznych przedmiotów. Bibeloty, medale, dyplomy, książki, grafiki, poroża, zegary. Różnią się tylko drobnymi szczegółami – taka zabawa w „znajdź dziesięć szczegółów”. Jak ci się udało zebrać taką samą ilość rzeczy?
Tę wystawę od dawna miałem w głowie. Ewoluowała we mnie do czasu rozmowy z Andą, kiedy zdałem sobie sprawę, że mamy tylko miesiąc, a przedmiotów zaplanowałem sporo, i to razy cztery. Organizatorzy obiecali mi pomoc w wyszukiwaniu rzeczy, sam odwiedziłem dziesiątki sprawdzonych miejsc i osób. Tak zebraliśmy połowę tira. Jedyne, czego nie udało się znaleźć, to cztery popiersia fabrykanta. Zamiast tego odlałem płaskorzeźbę ze ściany mojego domu z wizerunkiem Józefa Kraszewskiego, patrona ulicy, na której mieszkam. Wszystko po to, by wprowadzić widza w obłęd i zagubienie, kiedy błądzi po czterech identycznych przestrzeniach.

Czytam gdzieś: „Nigdy nie miałem w sobie narkotyku kolekcjonerstwa. We mnie jest jedynie chęć poznania tylu ludzi, tylu wątków i tylu przedmiotów, ile się da”. Ale w innym wywiadzie mówisz: „Mam manię kolekcjonowania. Czasami sobie myślę, że uratuje mnie dopiero jakiś pożar”. To jak jest naprawdę?
Leczę swe uzależnienia, choćby do kolekcjonowania, a przede wszystkim do zbierania rzeczy niepotrzebnych. Dzięki wystawianiu i pracy nad tym zagadnieniem, upublicznianiu tego problemu, sprawy mają się znacznie lepiej i jestem już spokojniejszy o „cacka” na targach staroci. Mogę przejść obok nich beznamiętnie i bez specjalnego zerkania w ich stronę.
Jak ci się udało opanować tę obsesję?
Dzięki temu, że wyłaziłem to w sobie. W naturalny sposób wyrastam też z tego. Nie znaczy to, że nie mam nowych miłostek, o które lepiej nie pytaj, bo przerwiemy spotkanie.
OK, to powiedz lepiej, czy czegoś cię te przedmioty uczą.
Dobrze jest gromadzić wiedzę o przedmiotach – kto i jak je kiedyś wykonał, jak one się szlachetnie starzeją. A nie ma niestety w bibliotekach książek „Jak postarzyć przedmioty i ze starych zrobić jeszcze starsze”. To trzeba wypracować w sobie i w sobie nosić. Tak powstał obiekt „Tężnia”. Mobilny magazyn oddany na pożarcie widza i poddający się warunkom atmosferycznym. „Tężnia” zrodziła się z przyczyn pragmatycznych, za sprawą przeładowania moich magazynów artefaktami z wystaw, pokazywanych od niemal 12 lat. Długa na 22 metry, wysoka na sześć i prawie na osiem szeroka konstrukcja przyjęła do siebie przedmioty, których nie mogłem się wyzbyć. Wiedziałem, że są mi bliskie i pewnie się do jakiejś wystawy przydadzą. Przydały się i tylko mi pięknieją. Są osadzone w Visual Parku przy galerii ABC w Poznaniu, gdzie na odsiecz rusza zieleń i pnącza, które za pięć, dziesięć lat będą podtrzymywały zbutwiałą do tego czasu drewnianą konstrukcję. Już teraz są ptasie gniazda, węże, gryzonie i flora. Wkrótce zatraci się czytelność umieszczonych tam przedmiotów. Ale o to chodzi, i już nie mogę się doczekać, jak metal, PCV czy drewno zestarzeją się razem.
Mieszczańska niemiecka powtarzalność, seryjność produkcji, bezmyślne powtarzanie pewnych wzorców stały się zalążkiem nazizmu – taką stawiasz teorię w pracach typu „Four-Bidden Museum”?
To chyba musimy przestać oddychać, bo to powtarzalne i bezmyślne… z automatu. Do tego dochodzi seryjność produkcji dwutlenku węgla! To wszystko jest jednak potrzebne, by podtrzymać życiowe funkcje, a w naszym przypadku zacne wartości kulturowe.
Mamy na świecie kłopot z nadprodukcją, a ty jeszcze powielasz! Gromadzisz jeszcze więcej już istniejących przedmiotów…
Daję im szansę na przetrwanie, przedłużenie uznania czy podziwu dla takiego przedmiotu w dobie globalnej znieczulicy nad wczorajszymi zdobyczami. Chodząc po złomowiskach w Berlinie, znajduję nowe laptopy, jeszcze w folii, za dwa euro, bo firma posiadająca urządzenia starsze niż dwa lata ma obowiązek je zutylizować – tak wynika z ustawy i regulaminu ppoż. w biurach mieszczących się w dużych budynkach. Takich absurdów jest więcej, ale nie w tym rzecz. W moich badaniach nad przedmiotami staram się spowolnić tętno ziemi, dłużej posiedzieć nad fenomenem wynalazczości i nosicielami tych przedmiotów. Odczytać powód i metodę, dla której powstaje jakaś rzecz lub skomplikowane urządzenie. Zastanowić się, jak go użyć do innych celów czy funkcji. To wszystko jest mi potrzebne do wytworzenia hybryd i „nowoposkładańców” zasilających moje wystawy.
Lubię te projekty, w których angażujesz mocniej siebie. Na przykład w 2003 roku jechałeś na rowerze z lat 20. z Paryża do Lipska na swoją wystawę, dokumentując to klimatycznymi zdjęciami z epoki. A rok później przeszedłeś z Łodzi do Paryża, co było ładną analogią do pielgrzymki Brăncuşiego do stolicy sztuki nowoczesnej. Te dwie akcje łączą elementy odtwarzania z przeżywaniem.
W 2004 roku zrobiłem 24 wystawy. Byłem bardzo zmęczony, a dostałem jeszcze jedną propozycję pod koniec listopada, by wrócić rowerem, tym razem do Paryża. Nie chciałem powtarzać przerobionego mentalnie i fizycznie projektu, a zrobić coś jeszcze bardziej fizycznego. Pomyślałem, że może niech popracują nogi, by ręce trochę odpoczęły. Bo poprzez wzmożony wysiłek i zawieszenie w archaicznej pracy mięśni, to jest poprzez chodzenie, mózg zaczyna inaczej pracować. Inaczej się myśli, można się zdystansować. Pierwsze dziesięć dni marszu to była katorga, ale potem zrozumiałem, że mogę wyrzucić połowę ubrań, bo nie będzie aż tak zimno. I wtedy przeżyłem stan euforyczny, chodzenie było dla mnie jak oddychanie. Mogłem nie skupiać się na chodzeniu i zacząć rozmyślać o sprawach dalszych. Mimo dużego wysiłku bardzo odpocząłem, co ukazują dwie fotografie: z wyjścia, gdzie jestem zmęczony po wszystkich karkołomnych wystawach, i dojścia do Paryża, gdzie jestem wypoczęty duchem i odprężony przez zadaną monokulturę samego marszu.
Ale nadal robisz mnóstwo wystaw rocznie. Jak sobie radzisz z planowaniem, organizacją? Ile osób dla ciebie pracuje?
Średnio w roku mam 30 wystaw. To przerażająca liczba, ale wynika z mojego trybu pracy. Kilkanaście projektów prowadzę jednocześnie, i dopóki nie zwariuję, to będę utrzymywał ten stan. To rozbudowuje sieć neurotyczną i pozwala na śmielsze wyzwania. Do pomocy nie mogę mieć nikogo, bo kto zrozumiałby ten organizacyjny śmietnik? Sam jestem sprzątaczem, kustoszem zbiorów,
magazynierem, dźwigaczem, kierowcą i prezesem tego przedsięwzięcia. Jednak przy większych realizacjach mogę zaprosić asystentów i podwykonawców, co skraca me katorgi i mogę pracować z ludźmi, co jest żywą formą poznawczą. Są to osoby, którym już nie muszę mówić o życiu czy podstawach technicznych. Mają doskonałą świadomość swoich umiejętności i praca z nimi cementuje nasze relacje. To wielki przywilej nie musieć się martwić o pierdoły, które ktoś za ciebie ogarnie, ale to dziesięcioletnia praca spowodowała, że możemy tak na siebie liczyć.
Jak oszczędzasz energię lub generujesz ją w momentach kryzysowych?
Unikam nadmiaru prac administracyjnych, co w dobie lockdownu jest niemal niemożliwe. Jeśli tylko mam przewagę prac manualnych i jestem w ruchu, to umysł sam wynajduje czas i sposób na odpoczynek. Mam taki genom robotnika fizycznego, że wystarczy pracować i mieć do kogo wracać.
Czy masz odruch prokrastynacji?
Chyba odruch prokreacji, by nie spocząć na dobre, bo nikt mnie z marazmu już nie wyciągnie. Większość osób umiera, bo kończą aktywność zawodową. Patrząc na rodziców, myślę, że raczej nie dany jest mi odpoczynek. Ale chyba też nigdy bym go nie zrozumiał. Czy miałbym zasiąść przed telewizorem albo leżeć na kanapie? Spowolnienie aktywności wystawienniczej tak, ale wtedy pracuję nad jednym albumem muzycznym lub złożoną wystawą jakieś trzy lata – to dopiero komfort i uprzywilejowanie! Nie odkładam spraw na później, bo utonąłbym podczas biurowego tsunami, gdzie dziennie w sprawach zawodowych dostaję 20-25 e-maili.
Mówiłeś mi ostatnio, że twoją strategią na przyszłość jest powrót do rolnictwa.
To dopiero wizja, czy już ją realizujesz? Na tę chwilę tylko spirytusy i kiszonki. Ale to wystarczające, jak na początkującego farmera.
Jak na razie, mieszkasz jeszcze w mieście, w Lublinie. Czy kupiłeś już ziemię na wsi, planujesz wyprowadzkę?
Ziemia już jest, a teraz pojawia się jeszcze potrzeba posiadania większej liczby Kuśmirowskich, by zrobić „ogar” nad wszystkim. Wracam też do nagrań i komponowania muzyki.
Chciałbyś mieć brata bliźniaka?
Mam, noszę go w sobie.
ROBERT KUŚMIROWSKI
Artysta, performer, fotograf, autor instalacji związany z Fundacją Galerii Foksal. Urodził się w 1973 roku w Łodzi, mieszka i tworzy w Lublinie. Tam też studiował – na Wydziale Artystycznym Instytutu Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej, gdzie uzyskał dyplom w pracowni rzeźby monumentalnej i gdzie obecnie pracuje. Przez krytyków zwany „genialnym imitatorem”, słynie bowiem z kreowania bardzo realistycznych falsyfikatów, zarówno drobnych przedmiotów, jak i kompletnych przestrzeni.
Rozmawiała Monika Brzywczy,
Zdjęcia: Krzysztof Kozanowski
Poleć ten artykuł na Facebooku lub skopiuj link











































