Co jada arystokracja?
To samo, co wszyscy inni.
Jak to? Weźmy taki opis uczty wielkanocnej z 1942 r. podany przez Lampedusę, a przytoczony przez Bogusława Deptułę, pani przyjaciela, w książce „Literatura od kuchni”. „Podano: lasagne, homarowe paszteciki, kotlety w panierce z ziemniakami, groszek i szynkę, wyśmienity tort według przepisu Escoffiera: ciasto francuskie, krem i wiśnie kandyzowane. A później delikatny i smakowity befsztyk wysoki na dwa palce, wyśmienite ciasta, kawałek świeżego tuńczyka »tak duży jak opona samochodowa«”. Na bogato!
Ale to było prawie 100 lat temu. Dziś już się tak nie jada. To są mity, że na naszym stole lądują nieprawdopodobne superdrogie i niedostępne produkty. Może jedynie ci, co chcą udowodnić, że są bogaci, nuworysze, muszą zjeść to foie gras i popić szampanem. Powiem pani: teraz jest moda na autentyczne, biedne jedzenie. Takie, o którym się wie, z jakiej wsi pochodzi. Na przykład tradycyjna toskańska wiejska kuchnia – to jest modne.
W jakim najwystawniejszym przyjęciu brała pani udział?
To było w jednym z dwóch barokowych pałaców we Florencji. Pierwszy – Palazzo Capponi all’Annunziata – należał do innej gałęzi mojej rodziny, został sprzedany na początku XX wieku i podzielony na mniejsze apartamenty. Drugi to słynny Palazzo Corsini, położony tuż nad rzeką Arno pomiędzy Ponte Santa Trinita a Ponte alla Carraia. To wielki budynek zbudowany na modłę pałacu rzymskiego w drugiej połowie XVII wieku. Corsini byli bardzo bogaci i wpływowi, a w pierwszej połowie XVIII wieku jeden z członków rodziny, kardynał Lorenzo Corsini, został papieżem. Pałac mieści nieprawdopodobną kolekcję malarstwa i rzeźby – można ją obejrzeć. Ale obszar piano nobile [reprezentacyjna kondygnacja z pokojami mieszkalnymi – red.] długo był zaniedbany. Aż odziedziczyła go moja bliska przyjaciółka i postanowiła, że trzeba go jakoś wykorzystać. Dziś wynajmuje go na różne okazje: śluby, wesela, przyjęcia, ale też na przykład na biennale antykwariatu. Rok temu byliśmy tam na ślubie jej syna. To było nieprawdopodobne! Bo w piano nobile nie ma doprowadzonego prądu. W kalenicy to pomieszczenie ma 12 metrów! Niesamowite! Nie ma prądu, ale za to jest olbrzymi piękny drewniany żyrandol, który się opuszcza i wkłada do niego świece. W ich świetle to wnętrze i powieszone na ścianach obrazy wyglądają wspaniale. Było bardzo dużo gości…
Dużo to ile?
Około 700 osób.
To tłum!
Tak, nawet nie do końca mieścił się w piano nobile, ale na szczęście to wszystko nie trwało zbyt długo. W naszych włoskich rodzinach jest taki zwyczaj, że najpierw w części przyjęcia na stojąco, czyli koktajlowej, podaje się antipasti. Można porozmawiać, przywitać się. A potem na krótko siada się do stołu, żeby zjeść pierwsze i drugie, a czasem tylko drugie danie oraz tort weselny. Bo to biesiadowanie przy stole, gdy jest więcej osób, wymaga szalonej sprawności i logistyki. To była zima, więc jednym z serwowanych dań był boeuf en cuillère, czyli długo gotowana, rozpadająca się wołowina. Przepyszna! Wszystko było proste, ale jednocześnie bardzo eleganckie, świetnie przygotowane. I mimo sporej liczby gości podawane szybko. Podobnie staraliśmy się przygotować ślub naszej córki. Część cywilna była w Polsce, a kościelna we Włoszech. Tu wydaliśmy przyjęcie w Fortecy u Agnieszki i Marcina Kręglickich. Co do jednego byliśmy z córką i zięciem zgodni – żadnych podgrzewaczy cateringowych! Mieliśmy pięknie przygotowane bufety zimne i cooking counters.
Czyli takie stacje do gotowania?
Tak jest. Dzieci nie chciały też kwiatów ciętych na stołach, więc Agnieszka przygotowała wspaniałe ozdoby z owoców i warzyw. Pamiętam taki ujmuący triumf kalarepy na jednym stole [śmiech]. Donice z ziołami! A na środku stołu stały wazy do zupy z kompozycjami sałat. To wyglądało prześlicznie. We Włoszech natomiast dzień był bardzo gorący, więc wiedziałam, że nie mogę trzymać ludzi przy stole zbyt długo. Część pierwsza odbyła się w ogrodzie, a gdy już usiedliśmy, podano cudowny timballo di maccheroni, czyli bardzo cienkie tagliolini w pesto połączone z bakłażanem. Potem jeszcze gran pezzo, czyli cały antrykot pieczony z kością oraz ziemniakami. A na koniec był tort weselny.
Gdy tak słucham, myślę, że pani lubi organizować przyjęcia.
Bardzo! U nas czasem na wigilii jest nawet 30 osób. Lubię mój stół, lubię do niego nakrywać. Po mojej babci Greczynce mam różne zastawy i serwety. Miło jest ich używać.

Co jest warunkiem dobrego przyjęcia?
Oficjalna kolacja nie powinna trwać dłużej niż godzinę i piętnaście minut. Mam na myśli część przy stole. Jeśli dania nie są podawane sprawnie, a przerwy między nimi są długie, to można się zastrzelić. Zgadzam się, nie znoszę tego!
Co jeszcze?
Wyznaję zasadę, że podczas kolacji proszonych nie robi się eksperymentów. Jeśli kolacja ma być formalna, zasiadana, lepiej zawsze się zdać na przepisy, które się zna i które wychodzą. Eksperymentować można na bliskiej rodzinie i dobrych znajomych. Ja zresztą zawsze uprzedzam, jeśli mają być eksperymenty. A w innych przypadkach lepiej trzymać się prostoty, która równa się elegancji. Less is more. Zawsze. I jeszcze jedno: nie warto odtwarzać w domu jedzenia restauracyjnego. Uważam, że to jest sztuczne.
Dlaczego?
Bo to, co się sprawdza w restauracji, niekoniecznie dobrze smakuje w domu. Cateringowcy często proponują te fikuśne dwie małe rzeczy na środku talerza i jakiś sos dookoła. To nie jest jedzenie domowe. Półmiski – jak najbardziej. Zresztą w ogóle nie lubię gotowych dań stawianych przed gościem na przyjęciach. Lepiej, gdy kelnerzy podają półmiski, a każdy gość nakłada sobie jedzenie na talerze – na obu ślubach, o których opowiadałam, tak właśnie było.
Co pani teraz najczęściej podaje?
Mam taki kajecik, w którym zapisuję sobie, co moi goście już u mnie jedli, żeby nie powtórzyć tego samego dania. Bardzo chętnie podaję risotto, lubię gotować sezonowo, więc teraz ze szparagami. Mój mąż przyrządza wspaniały rostbef. Ostatnio zrobiłam też przepyszne melanzane alla parmigiana. A na deser flan z suszonych moreli. Według przepisu zaczerpniętego ze wspomnień „Apricots on the Nile”, które ostatnio czytałam, a których autorka – Colette Rossant – ma korzenie równie wielonarodowe jak ja.
A co ze strojem?
No, to jest oczywiste dla mnie. Gdy zapraszam na koktajl, to nie przychodzi się w dżinsach! A na formalną, zasiadaną kolację, trzeba włożyć nie suknię, lecz sukienkę – bez nadmiernych dekoltów. Na pewno nie taki strój, w jakim chodzę rano na targ. Bawią mnie takie określenia, które przechodzą teraz z amerykańskiego biznesowego slangu, typu „business casual”. No bo, co to znaczy? Przebieranie się na koktajl to już trochę zanikający zwyczaj. Wiele osób żyjących dziś w mieście do restauracji idzie prosto po pracy. Nic nie zmieniają, no, chyba że to przyjęcie u ambasadora lub inna równie oficjalna sytuacja. I to mnie właśnie zastanawia! Dlaczego do ambasadora starannie się ubieramy, idąc w inne miejsca już nie? Gdy dzwonię i mówię: „Wpadajcie, bo mam nową dostawę mozzarelli”, to wiadomo, że to nie jest formalne spotkanie. Ale gdy dzwonię dwa tygodnie wcześniej, bo już się nie wysyła kartoników, choć we Włoszech to jeszcze istnieje – dlaczego gość ma się nie ubrać odpowiednio?
A po przyjęciu należy podziękować?
Tak.
W jakiej formie?
Myślę, że można telefonicznie.
A esemesem?
Uważam, że w naszym i młodszym pokoleniu – absolutnie tak. Natomiast do starszego pokolenia lepiej zadzwonić. Etykieta, dobre maniery – tego w pani domu rodzinnym uczono, czy wchłaniało się to przez osmozę? Na pewno także przez osmozę. Od dziecka byliśmy przyzwyczajeni do pewnych zachowań. Pamiętam moje wielkie zdziwienie, kiedy przy naszym stole pewnego dnia zderzyły się dwie kultury: miejska i wiejska. To było przyjęcie dożynkowe albo po winobraniu. Do stołu podawała moja włoska niania. Zawsze najpierw obsługiwała moją mamę. A tego dnia jej mąż, zarządca majątku, zrobił jej karczemną awanturę, że zaczyna się od pana domu – bo tak było na wsi. Byłam tym bardzo zaintrygowana i ojciec musiał mi wytłumaczyć różnicę. Historia sięga czasów średniowiecznych, gdy w domach mieszczańskich, jeśli chodzi o zachowanie przy stole, zaczęto przyjmować wzory i zasady kultury dworskiej i rycerskiej, m.in. oddając szacunek kobiecie. Do dziś na przyjęciach formalnych najpierw obsługuje się kobietę, która siedzi po prawej stronie pana domu, potem kobietę po jego lewej, potem panią domu, następnie mężczyznę siedzącego po prawej od pani domu, a kończy się na panu domu.
Uff, skomplikowane!
Ale to ma sens. Gość w domu jest najważniejszy, gospodarze na końcu.

Gdzie mieszkała rodzina Capponich w czasach pani dzieciństwa?
W domu, który został zbudowany na początku XV. Szczególnie cenny jest jego dziedziniec, do którego rękę prawdopodobnie przyłożył florencki architekt Filippo Brunelleschi. To był i jest dom mojej rodziny. Ile tam było pokoi? Och, proszę pani, nie nazywało się tego pokojami! Dom był podzielony na apartamenty dla różnych części rodziny. Moi rodzice mieszkali na piano nobile, ale moja matka tego nie znosiła, dla niej było zbyt ciemno i przygnębiająco, więc gdy miałam sześć lat, przenieśliśmy się na drugie piętro do znacznie bardziej słonecznej części pałacu. Ta miała z 300 metrów, to na dole 500 – jeśli pyta pani o metry…
Co jadaliście na śniadanie?
Dzieci, zdaje się, do pewnego wieku zasiadały osobno. Pierwsze śniadanie było zawsze po angielsku – corn flakes z ciepłym mlekiem, co było moją zmorą. Bardzo szybko płatki robiły się ciapkowate i ohydne. Dopiero później odkryłam, że można jeść je z zimnym mlekiem czy jogurtem. A potem jeszcze chleb z masłem i marmite lub masłem orzechowym.
Zupełnie nie po włosku.
Bo jesteśmy wielonarodową rodziną. Ojciec mojej matki był włoskim dyplomatą, konsulem generalnym Nicei, potem szefem placówek w Dubinie i Oslo, a babcia była Greczynką brytyjskiego pochodzenia, władała pięcioma językami. Moja matka nauczyła się włoskiego dopiero w wieku 13 lat. W moim domu rodzinnym mówiło się po angielsku. Moja prababka, matka mojego ojca, była Szkotką z rodziny, której korzenie sięgają X w.
Czyli stąd te corn flakes?
Ile ja się przez nie nacierpiałam! Kiedyś pani w szkole zapytała: „Dzieci, co jecie na śniadanie?”. I już wiedziałam, że będzie źle! Kiedy przyszła moja kolej, opowiedziałam jak było, a ona na to: „Siadaj, kłamiesz! Zawsze chcesz być inna!”. A ja po prostu byłam inna. Z tą rodziną o korzeniach w tak wielu krajach.
A która z babć z pani opowieści tak restrykcyjnie musztrowała służbę, żeby poprawnie podawała stek?
Restrykcyjnie? Ja bym powiedziała maniakalnie! To właśnie Kate – babcia Greczynka, żona dyplomaty. Była uroczą kobietą, ale z potwornym charakterem. Jeśli chodzi o kuchnię i wydawanie przyjęć miała obsesję. Kucharzy testowała, każąc przygotowywać im stek i omlet.
Jak miały być zrobione?
Idealnie, w punkt! Steki lekko krwiste. A omlety – puszyste, delikatnie niedopieczone w środku, czyli baveuse! Tak, to wyższa szkoła jazdy. Kiedy Flavia [druga córka Tessy – red.] była w Le Cordon Bleu, przekonała się, że to nie taka prosta sprawa, zrobić dobry omlet. Nad tym trzeba pracować.

A pani jak robi omlet?
Jak tradycyjną włoską frittatę – dużo jajek i jeszcze więcej dodatków w środku. Na przykład smażona cukinia, cebula. Wychodzą takie zimne torty. W lecie to jest pyszne!
Czy są takie dania z pani rodzinnego domu, które odpłynęły w zapomnienie, za czym pani tęskni?
Gdy na emeryturę przeszła Marcella, moja włoska niania, odszedł z nią cały know-how wielkiej kuchni. Tęsknię za jej mięsnym sosem do makaronu. Był robiony na zającu i miał ciemnoczekoladowy kolor. Pachniał i smakował obłędnie.
Dzieci mogły wchodzić do kuchni?
Przy mojej angielskiej niani Margaret, nie bardzo. Chyba że ukradkiem. Pamiętam, jak się wspinałam na krzesła, żeby zobaczyć, co bulgocze w tych garach. I że Marcella nam dawała po kryjomu różne smakołyki. Bo nie wolno nam było jeść pomiędzy posiłkami, a już na pewno nic niezdrowego. Ale potem, kiedy miałam kilkanaście lat, to już nie było problemu.
Nie było czegoś takiego, że to nie wypada?
Nam nie można było wchodzić do kuchni, bo rodzice nie chcieli, żebyśmy przeszkadzali ludziom, którzy tam pracują. Bali się też, że się oparzymy. Zresztą mój brat, gdy miał dwa lata, wylał na siebie mały garnek z gorącą wodą. Rodzice byli więc ostrożni. Ale moja matka zdecydowanie uważała, że trzeba umieć gotować. Co prawda babka nie gotowała, ale doskonale wiedziała, jak to dobre jedzenie wyegzekwować. Dzięki temu mogła kierować innymi. Wystarczyło jej spojrzenie na półmisek, który stawiano na stole i już wiedziała, że jest dobrze lub trzeba go odesłać. To wynikało z jej potężnej wiedzy na temat kulinariów, no i z manii perfekcjonizmu. Czyli nie było to źle widziane – bo przecież pani całe swoje życie poświęciła kuchni, a teraz w pani ślady idzie Flavia. Ależ skąd. Już w moim pokoleniu wszyscy gotowali. Może dla pokolenia mojej babki to, że Flavia jest kucharzem, byłoby nie do przyjęcia. Ale przecież dziś szef kuchni uważany jest za artystę lub co najmniej znakomitego rzemieślnika. U mnie w domu nie robiło się czegoś, dlatego, że było nieestetyczne, nieeleganckie albo dlatego, że nie wypadało. Bo co to znaczy? Komu nie wypadało? Dlaczego? Rodzice zawsze nam tłumaczyli: musisz zrobić to albo tamto, bo to jest wyraz szacunku wobec innych. Ja wiem, że to są pewnie kody, ale dopóki one istnieją, dopóty trzeba się z nimi zapoznawać i używać.
Ale niektóre zwyczaje wymierają, zanikają, okazuje się, że już ich nie potrzebujemy.
Oczywiście. „To change for dinner” nie znaczy już dziś założyć smoking czy długą suknię, ale jednak nadal zmieniamy ubranie i odświeżamy się do kolacji. Oczywiście dziś w naszym florenckim domu jada się kolację w kuchni, bo nikt nie ma ochoty nakrywać do stołu w jadalni, ale pozostał ten duch, ta idea, że człowiek wie, jak ma się zachowywać lub nie zachowywać.
Noblesse oblige – szlachectwo zobowiązuje. Jak pani dziś interpretuje to zdanie?
Dla mnie to świadomy szacunek dla tradycji i dla historii. Bardzo ważne stwierdzenie. I to absolutnie nie jest żadne puszenie się. Jak mawia mój ojciec: „My name is my title”. Czyli nieważne są tytuły, ważne są nazwiska, które zapisały się w historii, ludzie, którzy coś osiągnęli. Co z tego, że ktoś ma tytuł, jeśli jego rodzina nie jest znana albo nic nie osiągnęła. Weźmy taką rodzinę Ricasolich – jedynie z tytułem barona – a jak pięknie obecną w historii Włoch. I jakie dała nam postaci historyczne! Co jest ważne w mojej rodzinie? Że jesteśmy obecni we Florencji co najmniej od XII w. i że sporo w niej osób, które dla tego miasta i dla Włoch zrobiły bardzo dużo.
Proszę opowiedzieć.
Na przykład Neri Capponi, który rządził Florencją razem z Kosmą Medyceuszem Starszym. Lodovico Capponi Starszy, który był mecenasem Jacopo Pontormo i kazał mu malować to piękne „Zdjęcie z krzyża” w kościele Santa Felicita. Piero Capponi, który się sprzeciwił Karolowi VIII, gdy ten chciał rządzić we Florencji. Czy w końcu Gino Capponi, który był w XIX w. zagorzałym patriotą, popierał Zjednoczenie Włoch, a potem był senatorem i pisarzem. W końcu mój własny dziadek, który był włoskim reprezentantem w SHAPE [Naczelne Dowództwo Sojusz- niczych Sił Europy – red.], czyli w pierwszych strukturach NATO.
Czyli poczucie obowiązku wobec ojczyzny…
Do 1861 r. dla nas to była Florencja i Toskania, bo taka jest historia Włoch. Ale też poczucie piękna, jak dla Lodovica Capponi, Niccolò da Uzzano czy Alessandra Gregorio Capponi, tego, który zbudował ten pałac barokowy we Florencji. W 2010 r. mój ojciec postanowił założyć ośrodek studiów rodzinnych, współpracowaliśmy na przykład z Uniwersytetem Warszawskim. Z okazji 800-lecia naszej rodziny we Florencji zorganizo- waliśmy bardzo interesującą serię konferencji, z Breyer Center for Overseas Studies in Florence przy Uniwersytecie Stanforda.
Dla niektórych bogactwo i tak długa historia rodzinna może być dużym obciążeniem. Bo człowiek myśli sobie: mam takie dziedzictwo, kim ja jestem wobec tego?
Przede wszystkim chciałabym podkreślić, że my wcale nie jesteśmy bogaci. Ciężką pracą i bardzo dużym wysiłkiem utrzymujemy to, co zostało nam dane przez poprzednie pokolenia. Każdy członek rodziny pracuje. Mówię o sobie i moich braciach. Musimy utrzymać naszą tradycję, katują nas podatkami, nikt nie pomoże, mimo że to są zabytki klasy AAA.

Czyli nie ma wsparcia od państwa?
Było, ale teraz Włochy mają kryzys. Kolekcja dzieł sztuki, pałac i posiadłość na wsi – my to utrzymujemy sami. To niekończąca się historia. A przecież może być susza, która zabierze plon na wsi czy w winnicy.
Rok temu przed naszym pałacem opadła cała ulica, bo była awaria wodociągów. Większość rodzin, które mają takie majątki, nie ma przepływów pieniężnych! Żyjemy wszyscy dosyć skromnie, żeby utrzymać to, co mamy. Pokusa, żeby to wszystko sprzedać, pojawia się od czasu do czasu. Bo po co nam to wszystko? To są tylko rzeczy i nie zabierzemy ich do grobu. Ale tu wraca słowo „tradycja”. My nie jesteśmy właścicielami tego wszystkiego, jedynie kustoszami.
Pani dzieci to rozumieją?
Myślę, że tak, zwłaszcza że podobne rodzinne rozbudowane dzieje mają też od strony ojca. Choć historia Polski jest bardziej tragiczna. Tutaj ich dziedzictwo jest w słowie pisanym w rodzinnych historiach i pamiątkach.
To docieramy do tego momentu, kiedy przedstawiciele dwóch rodów Capponich i Borawskich spotkali się we Florencji w 1983 r. Jak to było?
Kuba był na stypendium. Spotkaliśmy się w archiwach państwowych.
Co za romantyczne miejsce schadzek.
Dużo kurzu [śmiech]! Co mam powiedzieć? Jesteśmy razem 34 lata, małżeństwem od 32.
Dużo już pani o tej romantycznej historii opowiadała, mnie szczególnie wzrusza ten moment, jak tym pustym pociągiem z Florencji przez Wiedeń jedzie pani do Warszawy.
To było tak: „Cały wagon pusty, byłam sama jedna, słowo honoru, do samej polskiej granicy do szóstej rano nie było nikogusieńkiego. Siedziałam sama w ciemnym przedziale, słuchałam na walkmanie Dire Straits – »Sultans of Swing«, »Romeo and Juliet« i »Local Hero«. I Warsaw Concerto na fortepian i orkiestrę Addinsella. I Mozarta Koncert na róg i orkiestrę, bo to uspokajało. Wiozłam butelkę oliwy z oliwek i jedną parę butów dla kogoś. Byłam na 120 procent zako-
chana”*.
Miała pani 24 lata. Rodzina, przyjaciele nie byli zachwyceni.
Nie żałuję. Drugi raz zrobiłabym to samo. Ludzie mówią o odwadze. Nie… Byłam zakochana w Kubie, nie mogłam sobie wyobrazić życia bez niego. Reakcja moich rodziców była genialna: „Jedź, zobacz, sprawdź”. Był tylko jeden warunek – żebym, zanim wyjdę za mąż, spędziła w Polsce jedną zimę. Bardzo rozsądna porada. Ta zima była dla mnie naprawdę ciężka. Natomiast moi rówieśnicy byli całkowicie na „nie”, z powodów dla mnie nieznanych.
Dosyć konserwatywnie, choć pani decyzja była absolutnie va banque.
Dowiedziałam się wiele lat później, że na naszym ślubie w 1985 r. ludzie dawali nam dwa lata. „Ona potem wróci”– mówili. No to się pomylili!
Pierwsze wrażenia w Polsce?
No, absolutnie zza różowych okularów, wszystko wydawało mi się przepiękne! Przyjechałam w okresie złotej polskiej jesieni. Potem w listopadzie
było ciut gorzej. Ale przetrwaliśmy.
W Polsce był wtedy środek kryzysu. Kolejki i puste półki. Pięknie pani mówi o tych szarych produktach w barach: szary smalec, szary tatar, szare jajko w majonezie. To była kolorystyka PRL-u. Jak sobie z tym poradziła dziewczyna ze słonecznej Florencji?
Mieliśmy warzywniak na rogu, gdzie coś jednak było. Zwłaszcza syfony z wodą sodową. Jakoś daliśmy radę. Wieczne kolejki, stało się i stało, a potem tuż przed tobą towar się kończył. Takie to były czasy.
Polska była wtedy dla pani jak podróż na Marsa.
Oj, tak. Ja już nigdy więcej nie pojechałam tym pociągiem. Zawsze już wybierałam samolot. To jednak była dla mnie trauma. Jak komunikowała się pani z rodziną? Był telefon? Był, dosyć drogi, pisało się listy. Szybko powstała wokół mnie taka sieć jeżdżących znajomych. Jak ktoś jechał do Paryża, prosiło się go, żeby wziął list i wysłał go stamtąd do Florencji.
A o co pani prosiła najczęściej, żeby przywieźli?
O pampersy!
Serio? Myślałam, że coś do jedzenia, jakieś trufle, homar, może kawior?
Pani Moniko, ja homara jadłam może trzy razy w życiu, świeżego – w Grecji. I zapewniam panią, że te pampersy, w których dzieci przesypiały noc, były lepsze niż wszystkie trufle i kawior!
* Fragment wywiadu „Konfrontacja z szarą słoniną”, Maciej Stasiński,
„Wysokie Obcasy”, 2009
Tessa Capponi-Borawska
– włoska arystokratka urodzona we Florencji. Od ponad 30 lat mieszka w Polsce. Prowadzi wykłady dla studentów o historii Włoch i pisze o włoskiej kuchni – jest autorką książek „Dziennik toskański” i „Moja kuchnia
Rozmawiała: Monika Brzywczy, zdjęcia: Wunsche&Samsel, wywiad przeprowadzony w 2017 roku
Poleć ten artykuł na Facebooku lub skopiuj link











































