JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE, WYDARZENIA

O własnych siłach

Kryzys wiary, Kościół katolicki, który nie nadąża za zmianami i wymusza siłowe, niedzisiejsze rozwiązania, a zarazem ziejąca pustka po duchowości i rytuale – tak w ekspresowym skrócie dałoby się uchwycić podstawy wielu zjawisk, które rozgaszczają się właśnie w Polsce. I choć alternatywnych sposobów na doświadczanie i wyrażanie swojej duchowości szukano tutaj od dawna, to jednak ani dziewiętnastowieczny spirytualizm, ani okołowitkacowskie eksperymenty z narkotykami w dwudziestoleciu międzywojennym, ani ruch hipisowski działający w Polsce od lat 70. w górę – nie miały aż takiego wpływu na codzienne życie w większych i mniejszych miastach. Poszukiwanie Ducha, czyli Boga, czy Bogini w innej niż określona przez Kościół doktrynie, sposobów dotarcia do swojej duszy bądź własnej mocy poza ustaloną religijnie strukturą, adaptowanie rytuałów z innych kultur – wszystko to wchodzi aktualnie do głównego nurtu rodzimej kultury. Są tacy, którzy miksują z alternatywą tradycyjną wiarę, tacy, którzy przyjmują ją jako nową, ale i tacy, którzy ukojenia poszukują właśnie w świeckości owych praktyk. Przyjrzyjmy się niektórym z nich, opanowującym Polskę na przestrzeni ostatnich lat.

Przepis na trans

Grupa dwudziestu paru osób siedzi w kręgu w przestronnym pomieszczeniu, przez którego okna wpadają ostatnie promienie słońca. Jesteśmy w malowniczym ośrodku rozwojowym w Górach Świętokrzyskich. W rogu pomieszczenia rozłożyła się grupa muzyków, którzy przez pół nocy będą nam grać na żywo południowoamerykańskie pieśni zwane icarosami: to one mają naładować cudowną mocą błyszczący w świetle małej lampki złowieszczo ciemny wywar potocznie nazywany ayahuascą. Na ten zaadaptowany z Ameryki Południowej rytuał przez lata – ze względu na nielegalność halucynogennych substancji, które podaje się w trakcie jego trwania – latało się do Amazonii lub przekraczało południową granicę, by udać się do Czech. W tym momencie na ayę można się zapisać w paru ośrodkach w Polsce. Jest popularna do tego stopnia, że niektóry osoby – jak mówią – korzystają z niej już trzydziesty raz. Rytualna noc ayahuaski wypełniona jest nie tylko śpiewem i graniem. Każdy jej uczestnik po przyjęciu napoju wchodzi we własne wizje. Bywają piękne, i jak wynika z relacji uczestników, zazwyczaj dotyczą naszego istnienia w świecie natury, powiązania z Matką Ziemią, czyli Pachamamą, jak ją nazywają Indianie, ale bywają też straszne: parę osób na sali przeżywa prawdziwe męki.

Wywar działa silnie detoksykująco, co oznacza, że jedni uczestnicy wymiotują do specjalnie przygotowanych misek, a innym zdarza się biegunka. Podobno to dzięki tym właściwościom ayi można „wyleczyć” z uzależnienia: od narkotyków, alkoholu i papierosów – co tam kogo męczy. Ale to można już zrobić, udając się do „szamanów” na mokotowskich czy ursynowskich blokowiskach, co zabawnie opisał Malcolm XD w swoim poście o „polskich szamanach indiańskich” i rzucaniu szlugów. Jednym z aktywnych składników roślin użytych do zrobienia ciemnego, śmierdzącego wywaru – w przypadku rytuału przyrządzanego przez curandero, uzdrowiciela – jest DMT, które palone, również dostarcza niesamowitych, nazywanych duchowymi – wrażeń. „Dimetylotryptamina to teraz duża zajawka. Odkąd »Enter the Void« i »DMT: The Spirit Molecule« pojawiły się na Netfliksie, dzieciaki zwariowały na punkcie tej technologii z innego wymiaru” – pisze „Vice”, a ja już wiem, że DMT opanowało też choćby warszawskie licea. Jeśli zamiast nudzić się na lekcji, można zobaczyć twarz Boga („Ona jest czarna!” – jak mówi wspaniały dowcip) – wybór jest prosty.

Wracając do ayi: demonizowana w Polsce, w Ameryce Południowej traktowana jest dość zwyczajnie. Jeden z moich przyjaciół ma żonę Brazylijkę. – Kiedy była w ciąży, poleciała do domu na ciążową ayę, mającą jej wyświetlić przyszłość dziecka. Nie żeby w to jakoś specjalnie wierzyła, po prostu tak się robi. Aya ma ci też pomóc przejść pewne problemy ze sobą, których do tej pory nie załatwiłaś, jest trochę jak terapia w pigułce – opowiada Marcin. – W rodzinie mojej żony uważa się, że owe rozmaite problemy warto rozwiązać przed porodem, żeby potem nie wyżywać się na dziecku. Brzmi rozsądnie – dodaje. Co ciekawe, wywar podobno podaje się również dzieciakom. Ortodoksi pytają, czy zapożyczone z Ameryki Południowej tradycja i rytuał „działają” w Polsce, której religijne DNA jest tak różne od amazońskiego. Twierdzą, że dana obrzędowość przynależy do kultury, a wyrwana z kontekstu nie będzie działać. Jednak zdają się temu przeczyć przeżycia choćby Marleny i Tomasza, którzy siedzą obok mnie w świętokrzyskim kręgu ze swoim synkiem. Co parę miesięcy robią wyprawę na ayę i traktują to jak… pójście do kościoła. – Na co dzień nie mamy takiego mistycznego kontaktu z samymi sobą – opowiada Tomasz. – Aya pobudza w nas jakiś boski pierwiastek, za którym tęsknimy, i to nie od momentu, kiedy odeszliśmy od Kościoła, bo mam wrażenie, że tam go po prostu nie było. Tu czujemy się tak, jakbyśmy byli częścią przyrody, wielkiego kosmosu, boskiego planu. Choć nie zawsze jest łatwo i wizje bywają przerażające, dla nas aya to jak pójście na wielką piękną mszę z kadzidłami, Bachem i przyrodą – rozmarza się. O podobnych przeżyciach opowiadał w jednym z wywiadów Sting, po tym, jak ayi próbował w Amazonii (którą od lat próbuje ratować). Oświadczył, że być może było to jedyne prawdziwie duchowe doświadczenie w jego życiu.

Żabi skok

Jest duża szansa, że jeśli wciągnęła cię aya, to sięgniesz po żabę. Oliwia ma własną firmę zajmującą się produkcją telewizyjną. Kiedy spotykamy się latem w superposh warszawskiej knajpce, ściąga oficjalny żakiet, wyluzowuje się po poprzednim formalnym spotkaniu. Na jej skórze widzę charakterystyczne blizny – parę czerwonych kropek: to znak, że brała kambo. Niektóre plemiona południowoamerykańskie wierzą, że jad z zielonej żaby olbrzymiej wzmacnia organizm i uodparnia na wiele chorób – a ich pogląd zdaje się podzielać coraz więcej Europejczyków. Podczas rytuałów podobnych do ayahuascowych, bo silnie oczyszczających, odbywających się w dymie kadzideł i przy dźwiękach muzyki, szaman wciera w nadpalone punkty na ciele truciznę, która detoksykować ma na poziomie ciała i ducha. – Trucizna powoli, przez następne dni czy tygodnie, wysącza się z twojego organizmu. Jeśli zrobisz cały proces świadomie, wiedząc, czego chcesz się pozbyć na poziomie fizycznym i psychicznym, to faktycznie możesz z czymś się pożegnać, ja za pomocą żaby wychodziłam z nieudanego związku – mówi Oliwka.

Sposób na doła

Jest lato. Piątek, zmierzcha się, ale Paweł, biznesmen z Łodzi, nie przestaje zawzięcie kopać. Ewidentnie nieprzyzwyczajony jest do takiej pracy fizycznej – jednak kopanie nie przypomina siłki, na którą chodzi regularnie, bo w jego branży trzeba się dobrze prezentować; wygląd sprzedaje pewność siebie. Zresztą kopie już dość długo, na dłoniach robią mu się pęcherze, mięśnie ramion bolą. Obok niego, w lesie, podobne doły kopie jeszcze parę osób. Starają się nie przestawać, niektórzy z nich są jak w transie, ale nie jest to kopanie na wykon, raczej refleksyjne. Kiedy skończą kopać, każdy z nich położy się do przygotowanego przez siebie grobu i spędzi w nim noc. Już kopiąc, myślą o znaczeniu życia, mierzą się ze swoją słabością – i traktują to jako medytację. A potem nastąpi symulacja śmierci, znieruchomienie, noc w zimnym dole na łonie przyrody i ponowne mierzenie się z niewygodą i lękiem. Bo w nocy jest tu oczywiście ciemno, podchodzą zwierzęta, na początku bać się można każdego powiewu wiatru i skrzypienia gałązki.

Takie procesy szamańskie, podczas których przechodzi się bardziej lub mniej symbolicznie swoją śmierć, znane są w wielu kulturach. Najbezpieczniejszy proces przechodzi się z coachem, kiedy to człowiek wyobraża sobie, że niedługo umrze, i rozważa, co chciałby jeszcze przeżyć, czego doświadczyć przed swoją śmiercią. Kopanie sobie grobu to już parę poziomów wyżej. Paweł na takie kopanie grobu do poleconego mu szamana pojechał po tym, jak rozwód i finansowe zawirowania wywróciły mu życie do góry nogami. – To jak paręnaście sesji u psychoterapeuty naraz – mówi. – W takiej sytuacji przypominasz sobie, co jest dla ciebie ważne, a co błahe, widzisz, jak bardzo i czego się boisz, i na ile te lęki są wytworem twojej własnej wyobraźni, podpowiadającej ci różne potwory, które potem się nie pojawiają. Filmy z twojego życia wyświetlają ci się przed oczami i automatycznie je porządkują, a niewygoda przypomina, jak tak naprawdę masz na co dzień w życiu dobrze – opowiada Paweł, dla którego proces wchodzenia w rytuał zaczął się właściwie w momencie, gdy zdecydował się pojechać na kopanie grobu, a wzmocnił się, kiedy wsiadł do samochodu i wyruszył na miejsce zbiórki. To już wtedy zaczęły się wizje, pojawiały wskazówki, formowały myśli. To, co Paweł przeżył po drodze, to także jeden z bardziej znanych i praktykowanych na różne sposoby rytuałów, występujących w wielu kulturach, czyli vision trip. Adept wysyłany jest po prostu przed siebie z ograniczonym ekwipunkiem: taka podróż w głąb siebie może trwać godzinę lub dwie, ale i dwie doby. Vision trip często wieńczy warsztaty lub szkołę rozwoju czy masażu. – Szłam, szłam przed siebie i nic mi się nie działo – opowiada Agnieszka, która po rzuceniu pracy w wykańczającej ją korporacji postanowiła zostać masażystką lomi lomi. – Miałam na sobie cienką sukienkę, a w małym plecaczku prawie nic, a zbierało się na deszcz, byłam zła na siebie, że nie potraktowałam tego poważnie, że nie zadbałam o swój komfort. I niezauważalnie, z każdym krokiem, zaczynałam osuwać się w introspekcję, która zakończyła się jak w każdej bluesowej piosence, na rozwidleniu dróg, kiedy płakałam już na całego i godziłam się w myślach z moją matką – opowiada, śmiejąc się. – W każdej szkole szamańskiej mówią ci wprost, że większość odpowiedzi jest w tobie, trzeba tylko znaleźć narzędzie, żeby je wydobyć – opowiada Aga, adeptka szamańskiego masażu, który sam jest narzędziem do komunikacji na wyższym poziomie: ze sobą, przez ciało. Na początku, tak jak w przypadku pokrewnego polinezyjskiego masażu ma-uri, terapeuta – podczas kursu pracujący nie tylko nad techniką, ale nad własnym rozwojem – modli się i prosi o wyrażenie (ciche bądź głośne) intencji na tę sesję. Jeśli więc kopanie grobów i tripy nie są w czyimś guście, lepiej, żeby wybrał się na taki masaż. To ekspresowy rytuał dla samego siebie. Odpocznie ciało, a dusza się „odżywi”.

W dobrych kręgach

Wchodzę do przedsionka niewielkiej willi w jednej z dzielnic Warszawy. Przez całą jego długość ciągną się buty – musi ich być około 30 par. Wszyscy ich właściciele zgromadzili się w salonie: obsiedli zniesione zewsząd krzesła, kanapy, nawet podłogę. Na pierwszy rzut oka nic nas nie łączy. Ale wszyscy zaraz zaczniemy satsang u Patrycji zwanej Nityą, uczennicy znanego na całym świecie nauczyciela duchowego Moojiego. Kojący głos Nityi pomaga wchodzić głębiej w medytację, w siebie. Samo słowo satsang oznacza „obcowanie z prawdą”, i jest to rodzaj praktyki duchowej polegający na aktywnym dialogu (pytaniach i odpowiedziach) z nauczycielem, często w połączeniu z sesjami medytacyjnymi. – W satsangu spotykamy się w naszej esencji, czyli najważniejszej, podstawowej prawdzie o nas samych – mówi Patrycja.

O ile podczas satsangu wgłębiamy się każdy w siebie, o tyle podczas kręgu doświadczamy bardziej „rozpuszczenia się” we wspólnocie. Kręgi kobiet, kręgi męskie, a nawet kręgi przyjacielskie czy biznesowe (spopularyzowane przez Agatę Dutkowską i jej Latającą Szkołę), to coraz powszechniejsza forma – no właśnie, czego?

Krąg to całkowite przeciwieństwo kościelnego rytuału, czyli mszy, gdzie twarze zwrócone są w kierunku kapłana. W kręgu wszyscy są równi, każdy może się wypowiedzieć. Nikt nikogo nie ocenia – taka jest zasada – nikomu wprost nie daje rad. Opowiada się o jakimś przeżyciu, które porusza coś w innych uczestnikach. Podobna zasada działa podczas terapii grupowej. Indywidualne doświadczenie staje się kolektywnym.

– Odnoszę wrażenie, że nie mamy już okazji, by pobyć ze sobą. Takiej, jaką miały nasze babki, które darły razem pierze, czy takiej jak spotkania we wspólnym salonie. Człowiek, kiedy wychodzi ze szkoły, gdzie więzi przyjacielskie i rówieśnicze są jeszcze bliskie, zatapia się w świecie: komputer-komórka-praca-rodzina. Nie ma wymiany poglądów, energii, opowieści spoza „bańki” – opowiada Ala, która na kobiece kręgi chodzi co najmniej raz w miesiącu, to jej higiena duchowa. – Przebywając w kręgu, uczę się nie oceniać innych, a przez to nie jechać tak bezlitośnie po sobie. Swoimi intymnymi historiami, bólem, wątpliwościami czy radością mogę podzielić się, i to z obcymi! I czuję się z tym bezpiecznie, jestem słuchana i akceptowana, a to chyba nieczęste nawet we własnej rodzinie. Na chwilę mam wspólnotę. Takich przyszywanych babek, cioć, matek i sióstr – bardzo tego potrzebuję, bo wzmacnia mnie to – uśmiecha się. Wtóruje jej Alek, który, gdzie tylko może, szuka męskich kręgów, nadal jeszcze rzadko organizowanych. – Pół życia szukam miejsca, gdzie mogę pogadać z facetami o tym, co to znaczy być facetem. Bo wiesz, my nie rozmawiamy ze sobą nawet przy piwie, już nawet na piwo się średnio chodzi, a do tego, wiadomo: nadal nie można tam przecież pokazywać uczuć! Nawet teraz, kiedy wszyscy wiemy, jak jest nam to potrzebne. Nie ma też miejsc, gdzie można by doświadczać takiego nietoksycznego braterstwa. A w kręgu mam wszystko: i mogę się poczuć jak gość wśród innych gości. Popłakać się i powiedzieć, że nie rozumiem, czemu moja partnerka mnie odrzuca. Co za ulga! – cieszy się Alek.

Chwycić się czegoś

Szałwię szamańską czy palo santo oraz ich polskie wariacje, czyli hipsterskie odpowiedniki świątynnych kadzideł, można już kupić online u rodzimych producentów. Amulety z całego świata wiszące przy naszych drzwiach, sentencje czy magiczne zaklęcia wypisane na ścianie bądź intencje wznoszone podczas porannej medytacji z YouTube’a (lub u bardziej zaawansowanych w dowolnie wybranej i praktykowanej medytacji, czy to statycznej, czy dynamicznej) – to codzienność wielu warszawiaków. Jogujemy, mantrujemy, spotykamy się na wymyślonych przez siebie rytuałach, podczas których na przykład palimy zapisane na kartkach to, czego już w życiu nie chcemy. Ci, którzy nie mogą osobiście uczestniczyć w wybranym kręgu (ze względu na podróż czy dalekie miejsce zamieszkania), mogą się zapisać na online’owy. „Korporaci” po godzinach zakładają firmy produkujące sojowe świece albo uczą się astrologii, która, jak napisała Olga Tokarczuk: „Jest niesamowita w drążeniu detali ludzkiego życia, pokazuje szczegółowo, jak wielki kosmos wpływa na nasze małe życia. To bardzo dodaje odwagi”. W świecie, w którym nie ma już bezpiecznych zasad, gdzie łamie się system, a wszyscy możemy niedługo udusić się od smogu, umrzeć z pragnienia lub zapracować się na śmierć – taka odwaga jest nam bardzo potrzebna. A być może nawet zbawienna.

Tekst: Aga Kozak, ilustracje: Paweł Draus

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 29

  • nr 28

  • nr 27

  • nr 26

  • nr 25

  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa

  • Berlin