JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
LUDZIE, MIEJSCA

Przewodnik po Warszawie

 

 

Nowe widoki Warszawy

Mamy w końcu nowy gmach Muzeum Sztuki Nowoczesnej, który błyskawicznie stał się ikoną miasta. Usytuowany w bezpośrednim sąsiedztwie Pałacu Kultury i Nauki, na Placu Defilad, który przez wszystkie lata komunizmu objęty zakazem zabudowy, aby dar Stalina pozostał niezachwianą dominantą pejzażu miejskiego. Po wieloletniej ogólnonarodowej debacie dotyczącej konkursu na budynek, wyboru architekta, a w końcu wyglądu ostatecznego zwycięskiego projektu – udało się! Jesienią 2024 minimalistyczny gmach autorstwa nowojorskiego architekta Thomas Phifera został oddany do użytku. To wydarzenie z pewnością otworzyło nowy rozdział historii Warszawy. Mamy w końcu nowoczesną instytucję sztuki, z ciekawą, wciąż rozbudowywaną kolekcją, bogatym programem, silną grupą kuratorów i przestronnym budynkiem, do którego pierwsze kroki kierują turyści.  Parter pełni rolę forum kultury – zdwiedzający znajdą tu salę wykładową, otwartą galerię, a prócz tego monumentalną klatkę schodową, przestrzeń edukacyjną, kawiarnię oraz księgarnię. Wspomniana monumentalna klatka schodowa to serce muzeum. Jest zalana naturalnym światłem i stanowi przestrzeń społeczną, w której odbywa się zasadniczy ruch wewnątrz instytucji na jej osi pionowej. To wokół tej centralnej przestrzeni zorganizowane są wejścia do sal galerii, a jej wielkoformatowe okna zapraszają do środka widoki miasta. To opromienione światłem, inspirowane klasycznymi formami podwójne schody, które sprzyjają różnym formom społecznego zaangażowania. To miejsce, w którym ludzie mogą się ze sobą spotykać. Wkrótce pojawią się kolejne budynki wokół PKiN. Zupełnie zmienił się też krajobraz wokół budynku MSN i na ulicy Złotej, mnóstwo zieleni w centrum to duża odmiana dla Warszawy.

Muzeum Sztuki Nowoczesnej
Marszałkowska 103

 

 



fot. Marta Ejsmont, Maja Wirkus

 

Wandal i Nów
Najpierw był Wandal. Pojawił się w 2025 na parterze nowego biurowca szybko rozwijającej się Woli. Przestronny, jasny, nowoczesny n.  A w 2026 dołączył do niego Nów – ciemniejszy, bardziej intymny i tajemniczy. Ci sami twórcy, Adrian Bęben i Piotr Pietras MS, ale zupełnie inna energia. Wandal opowiada o historii polskiego stołu. Bęben sięga do dań i smaków, które znamy albo przynajmniej wydaje nam się, że znamy, po czym przesuwa je o kilka kroków dalej. Pączek spotyka się z głowizną, pyza z dojrzewającym serem i truflą, a rzeczy trochę zapomniane wracają w zupełnie nowych rolach. Polska tradycja nie jest tu muzealnym eksponatem. Można ją rozebrać, zaczepić, czasem sprowokować. W 2026 roku Wandal otrzymał Bib Gourmand oraz Michelin Opening of the Year Award.  Nów jest kontrapunktem dla Wandala. Jeśli Wandal mówi głośno, Nów szepcze. Jeśli pierwszy jest jasny, energetyczny i towarzyski, drugi został zbudowany wokół mroku, skupienia, tajemnicy i niedopowiedzenia.
Nazwa pochodzi od nowiu – momentu, kiedy Księżyc pozostaje na niebie, ale staje się dla nas niewidoczny. To właśnie idea rzeczy istniejących poza tym, co oczywiste, stała się punktem wyjścia dla całej restauracji. Gość ma odrzucić oczekiwania i pozwolić się prowadzić. Nów ma zaledwie 20 miejsc. Nie działa jak klasyczna restauracja, do której przychodzimy przejrzeć kartę i wybrać kolację. To jedno, siedmiodaniowe doświadczenie degustacyjne. Menu pozostaje dla gościa niespodzianką – formuła przypomina w tym sensie japońskie omakase: ufamy szefowi kuchni. Najważniejsza różnica kryje się jednak w samym jedzeniu. Wandal wychodzi od polskiej tradycji kulinarnej, Nów — od polskiego krajobrazu. Adriana Bębna interesują tutaj jeziora, pola, łąki, las, sezon, fermentacja i dojrzewanie. Ryby z polskich jezior i wybrzeża, warzywa z małych gospodarstw, mięso od wybranych hodowców, dzikie składniki i produkty rzemieślnicze. Nie chodzi o rekonstrukcję dawnych receptur, ale o uchwycenie smaku miejsca – współczesnego polskiego terroir. Równie ważne jest wino. Piotr Pietras buduje kartę nie tylko wokół wielkich nazw i klasycznych apelacji. Szuka również małych producentów, mniej oczywistych regionów i win, które opowiadają o miejscu, z którego pochodzą. Do menu można wybrać różne pairingi, w tym autorski pairing bezalkoholowy oparty m.in. na fermentacjach, sezonowości i składnikach botanicznych. Nów chce działać szerzej niż jedzenie. Wnętrze Michała Jagiełły, meble Tomasza Omachela, ceramika Anny Barczentewicz, prace Cezarego Poniatowskiego, stroje zespołu Moniki Beilstein – kuchnia spotyka się tutaj ze sztuką, rzemiosłem, designem i modą. Nie jako dekoracją, ale elementami tej samej opowieści.
Wandal, Nów
Pańska 97

 

Błękitny onyks i instagramowe fiori 
Lupo ulokowane na parterze biurowca na Chmielnej to miejsce wyjątkowo ciekawe ze względu na budowanie konceptu gastronomicznego, jak i wyjątkowe wnętrze. Za koncepcją stoją siostry Basia Kosińska i  Justyna Kosmala (właścicielka sieci Charlotte i baru Wozownia). Tym razem doświadczone restauratorki dostały zadanie od nowego najemcy budynku, który miał zamiar przetransformować mało atrakcyjny, nieco zapomniany obiekt z lat 90. w na nowo atrakcyjną nieruchomość. Zamiana brzydkiej, choć gigantycznej pracowniczej stołówki w restaurację, która ściąga tu gości i potencjalnych najemców, była zadaniem trudnym, ale zrealizowanym na 5+. Restauracja działa od 2022 roku i szybko stała się jednym z bardziej rozpoznawalnych adresów na kulinarnej mapie stolicy. Wnętrze zostało zaprojektowane przez studio Anny Łoskiewicz. Inspirowane jest włoskim stylem Memphis – kolorowym, geometrycznym i pełnym charakteru nurtem designu z lat 80. Centralnym punktem lokalu jest okrągły bar z blatem z błękitnego onyksu. Na ścianach obiekty od polskich artystów i projektantów, w udany sposób pomieszane z włoskimi klasykami. Wnętrza są tu świetne, a projektantka przy okazji odświeżyła też foyer biurowca HOP i jego zewnętrze. Co co jedzenia jest proste i bazuje głownie na świeżo na miejscu robionym makaronie. czyli pasta fresca. Jest on tworzony na oczach gości w Pasta Room.  To fundament menu, uzupełnionego o antipasti, dania główne i włoskie desery. Za koncepcją kulinarną stoi szef kuchni Filip Kosiń. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych dan jest słynne fiori czyli ravioli w kształcie kwiatków – jeszcze jeden przykład świadomego projektowania doświadczenia gastronomicznego. Tak bardzo instagramowalnego dania chyba nigdzie w ostatnich latach w stolicy nie było. 

Lupo Pasta Fresca
Chmielna 132/134, Warszawa (budynek HOP)



zdj. Olga Tuz

BB – warszawskie pewniaki
Bibenda – to bezapelacyjnie czarny koń warszawskiej gastronomii. Pewniak! Tu zawsze dobrze zjemy, tu zawsze nasz szybko obsłużą, jedyny problem, że najczęściej trochę trzeba poczekać na stolik. Ta restauracja istnieje od ponad 13 trzynastu lat i od początku jej znakiem rozpoznawczym była kuchnia oparta na warzywach. Agata Zięba, która od kilku lat stoi za sterami tego lokalu gotuje brawurowo na nowo interpretując klasyki, ale zawsze dodając do nich trochę egzotycznych smaków. Uwielbiamy jej arbuza z salsą kolendrową, jalapeño, orzeszkami ziemnymi, chilli oraz bazylią – bogactwo smaków w tym daniu jest nie do opisania (za jedyne 23 złote) i oczywiście kultową już panacottę w sosie z czarnego sezamu z pistacjami i potarganymi pismaniye. Ach, to są piękne sprawy! Jakiś czas temu, by sprostać napływającym tu codziennie ławicom, gości zadaszono część podwórka i w tej sposób dodano dodatkową salę restauracyjną (projekt tego kolorowego wnętrza – Kacper Gronkiewicz). A następnie właściciele otworzyli tuż obok siostrzany lokal Barbarę. Pomysł wyrósł z potrzeby stworzenia przestrzeni, której w Bibendzie zaczęło brakować – bardziej barowej, swobodnej i nastawionej na wieczorne spotkania, ale jednocześnie dającej możliwość rozwijania kuchni. Nowoczesnę wnętrze zaprojektowała Pracownia 89 stopni, a  mozaikę Magdalena Łapińska-Rozenbaum. W ciągu dnia lokal działa jako niewielka śniadaniownia i miejsce do pracy przy kawie, z prostą kartą śniadaniową i kilkoma pozycjami lunchowymi. Wieczorem przestrzeń płynnie zmienia charakter. Największą część zajmuje narożny, widowiskowy bar z klasycznymi koktajlami – spritzami, amaro i negroni – oraz dużym wyborem win naturalnych. Do tego niewielka oferta piwa i wódek, domowe i naturalne bąble z kranu oraz rozbudowana karta bezalkoholowa. Wieczorem wydzielona część lokalu, za kotarą, działa jak mała, trochę ukryta restauracja z własnym serwisem i spokojniejszą, kameralną atmosferą. Kuchnia Barbary pozostaje w ścisłej relacji z jej barowym charakterem : znajdziemy tu klasyki typu tatar, śledź czy zimne nóżki, które stanowią trzon jej często zmieniającej się karty. Jest w niej też więcej miejsca na kuchnię, sezonowość i pomysły, na które przy dużym ruchu Bibendy często nie ma już przestrzeni.
Bibenda, Barbara
Nowogrodzka 10

 

 

Nowy orient na MDM
Plac Konstytucji nie mial szczęścia do gastronomii. Od kiedy w latach 90. wykwitły tam morze budek z chińszczyzną, nie pojawiło się nic, co przyćmiłoby ich ówczesny sukces. No ale teraz na salony MDM-u wkroczył Warszawski Tygrys, restauracja, w której stołeczny modernizm i miejski sznyt flirtują z dawnym Orientem, a kuchnia odważnie łączy tradycję Warszawy z inspiracjami dalekowschodnimi. To miejsce nietypowe, śmiałe, trochę ekscentryczne, a przy tym absolutnie przystępne – stworzone, by karmić z przyjemnością i uśmiechem. Ten charakter doskonale podkreśla wnętrze – spektakularna przestrzeń, która łączy polski modernizm z nutą retro-orientu i stylistyką dawnej elegancji. Za projekt miejsca oraz wpisanie go w tkankę miejską odpowiada Noke Architects, a o oprawę graficzną – logo, księgę znaku oraz autorskie printy na dywany i tapicerki, a przede wszystkim ogromny mural – zadbała Ola Niepsuj, jedna z najbardziej wyrazistych współczesnych ilustratorek Warszawy. Za sterami kuchni stanął Sebastian Wełpa (wiele lat szefował w Ale Wino). Za narodziny Warszawskiego Tygrysa odpowiadają wspólnie Beata Gawęda  – restauratorka i importerka wina, autorka m.in. takich projektów jak Kieliszki na Próżnej czy importerskie Vini e Affini – oraz Paweł Demianiuk, sommelier i manager, który z Beatą współtworzył Kieliszki i od tego czasu niezmiennie stoi na ich czele. Menu Warszawskiego Tygrysa to współczesna interpretacja polskiej i stołecznej tradycji, zanurzona w dalekowschodniej wrażliwości. Kuchnia, która traktuje lokalne klasyki z szacunkiem, ale nie boi się ich reinterpretować, mieszać i odważnie doprawiać. Ceny dosyć wysokie, ale dla wnętrza i wybitnej konsystencji smażonego bakłażana warto się tam wybrać.
Warszawski Tygrys
Plac Konstytucji 5

Winyle i wino
Działają na Stalowej, w samym sercu starej Pragi. Klimat tu trochę warszawski, trochę berliński, a trochę kopenhaski. Blisko to wine bar i bistro stworzone przez Macieja Sondija i jego team, stojących za też Winoblisko, Dyletantami i winnicą Dom Bliskowice. Wino jest tu początkiem wszystkiego. Naturalne i niskointerwencyjne, z małych europejskich winnic po nazwiska, których butelki trudno spotkać gdziekolwiek indziej. Bez klasycznej karty – wybierasz je prosto z półek korzystając z wskazówek dobrze zaznajomionych ze swoim fachem sommelierów. Do tego sezonowe talerzyki do dzielenia oraz pizza w neapolitańskim stylu. Surowe, minimalistyczne wnętrze zaprojektował duet Ewelina Polańczyk & Maciej Sondij – beton, drewno, stal, światło i ściany wypełnione butelkami. Jest przytulnie, nowocześnie i stylowo! Przygaszone światła, ceglane ściany, muzyka z winyli. Na wino wpadają sąsiedzi, ale też goście z drugiej strony Wisły. Latem Blisko ma piękne patio na wewnętrznym dziedzińcu. Swoje drzwi bar otworzył w marcu 2024 roku i od razu było tu tak jak trzeba – kameralnie, autentycznie i profesjonalnie. Nic dziwnego, bo za lokalem stoi Winoblisko, jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich firm importujących wino oraz Dom Bliskowice – ich własna winnica na wapiennych wzgórzach Małopolskiego Przełomu Wisły, gdzie od 2009 roku powstaje wino naturalne. W 2026 roku Michelin Guide przyznał Blisko Bib Gourmand, nazywając je „bistro, w którym główną rolę odgrywa wino, a jakość potraw dorównuje jakości napojów”.
Blisko Bar
ul. Stalowa 36


Teso z Małej
O warszawskiej Pradze od jakiś 30 lat mówi się, że jest w procesie gentryfikacji. Zmiany zachodzą tu jednak powoli, a czasami wydaje się wręcz, że się cofają. Wciąż ciężko jest tu przetrwać nowym biznesom. Dopiero niedawno powstała tu pierwsza kawiarnia speciality w okolicy. Jej pomysłodawca Jakub Poręcki, barista związany z warszawskimi kawiarniami od 16 lat. Pierwsze szlify zdobywał w Filtrach, w Kofi Brandzie, a potem wypalał i zaparzał w szwedzkich Koppi i Lilla Kafferosterie. Następnych kilka lat spędził jako head barista i roaster w Hałasie. Aż w końcu otworzył Małą – kawiarnię połączoną z palarnią Teso. W pełni przemyślany autorski biznes. Świetnie wypalone ziarna, wysokiej jakości ekspres, przeszkoleni bariści, dopracowane wnętrza – bez kompromisów, bardzo świadomie. A klimat? Prawdziwie praski. Jakub opowiada o nim tak: podoba mi się to, że wychodząc na ulicę można zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie, takie bez bez udawania. Jest tu dużo alternatywnej młodzieży, ludzi, którzy robią jakieś kreatywne zawody, ale można spotkać też babcię z wózkiem na zakupy, robotnika, który idzie do pracy. Oni wszyscy wpadają do nas na kawę. Tak jak we Włoszech wchodząc do kawiarni można zobaczyć przekrój społeczeństwa, a nie tylko 20 komputerów z jabłkiem i białe słuchawki. Dla nas ważne jest to, że można usiąść przy barze i porozmawiać, że można po prostu poczuć się jak w kawiarni, a nie w coworkingu. To było nasze założenie. Praga jest od zawsze w moim serduszku właśnie dzięki taki klimatom.
Mała Kawiarnia
ul. Mała 3

 

Łobuz spod Opery
Bar Rascal to największy bar z winem naturalnym w Polsce i jedno z największych tego typu miejsc na świecie. W karcie znaleźć można pół tysiąca win od czołowych europejskich producentów pracujących w duchu niskointerwencyjnego winiarstwa. Imponującej selekcji win towarzyszy autorskie, sezonowe menu, które zmienia się wraz z rytmem pór roku. Całość dopełnia wyjątkowa, trzypoziomowa przestrzeń ukryta w modernistycznym budynku Szkoły Baletowej tuż przy Operze Narodowej – z tętniącym życiem letnim ogrodem pełnym zieleni. To jedno z ulubionych warszawskich miejsc spotkań łączących gastronomię, kulturę, sztukę i design w niezobowiązującej atmosferze, z przyjazną, kompetentną obsługą. W ciągu dnia działa jako kawiarnia specialty serwująca śniadania i lunchowe przekąski. Wieczorem zamienia się w tętniący życiem bar winny, w którym naturalnemu winu i sezonowej kuchni towarzyszą degustacje, kolacje tematyczne, spotkania z producentami win. Wyjątkowy charakter Rascala podkreśla jego lokalizacja przy ul. Moliera 6 w Warszawie – zaledwie kilka kroków od Teatru Wielkiego Opery Narodowej – na parterze Państwowej Szkoły Baletowej, której budynek powstał w 1953 roku według projektu wybitnego polskiego architekta Bohdana Pniewskiego. Bar nie posiada klasycznego szyldu – znaleźć go można szukając czerwonego neonu z charakterystyczną przekorną buźką. Rascal to po angielsku łobuz. Jego niepokorny, buntowniczy charakter, bliski duchowi win naturalnych, odzwierciedla charakterystyczne logo baru autorstwa polskiego artysty Luki Rayskiego. Twórcami baru są architektka Dominika Buck i producent filmowy Radek Drabik, nic więc dziwnego że w podziemiach baru znajduje się mała sala projekcyjna i od czasu do czasu odbywają się tu pokazy filmów. Wina z oferty baru dostępne są także w sklepie Natural Rascal przy ul. Hożej 61/ Plater w Warszawie oraz online.
Bar Rascal
ul. Moliera 6

 

Melony z warszawy, trufle z Ponidzia
Po wschodniej stronie Wisły, w kamienicy z 1911 roku na warszawskiej Pradze Północ, mieści się niewielka, ale świetna restauracja Hub Praga. Za sterami stoi tu Witek Iwański jeden z najzdolniejszych szefów kuchni młodej generacji, który od lat konsekwentnie rozwija ideę kuchni świadomej i zakorzenionej w lokalności. Jego filozofia łączy precyzję techniki z pokorą wobec produktu i rytmu natury. To dopracowany fine dinningowy koncept, który równocześnie zwraca uwagę na odpowiedzialność w kuchni opartą na idei zrównoważonego gotowania i świadomego korzystania z zasobów natury. Nic nie zostaje zmarnowane: z resztek trufli powstaje sól, a chleb jest wypiekamy codziennie z mąki pochodzącej z  małego młyna w Ciechanowcu. Melony z Warszawy, raki z jeziora Wicko czy trufle z Ponidzia – pokazują, że to, co wyjątkowe, często rośnie najbliżej. Menu jest krótkie, dynamiczne i podporządkowane rytmowi sezonów. Od 2025 roku Hub Praga corocznie wyróżniany jest gwiazdką Michelin.
Hub Praga
Jagiellońska 22

Szparagi z Białołeki
To jedno z naszych najulubieńszych stołecznych miejsc. Nie ma lepszego sposobu na poprawę humoru i odpoczynek niż wyprawa po świeże warzywa, kwiaty, na śniadanie do Majlertów. Jeździmy tam już ponad 10 lat i widzimy jak to miejsce na obrzeżach miasta, na Białołęce, ewoluuje. A w zasadzie dwa miejsca, bo mowa o gospodarstwie Ludwika Majlerta oraz Rysinach należących do jego brata stryjecznego – Zdzisława. Oba wywodzą się z przedwojennego majątku Wilhelma Karola Henryka Meylerta, dziadka obu obecnych właścicieli. Historia rodzinna jest skomplikowana i kiedyś ją już opowiedzieliśmy na naszych lamach ważne, że Wilhelm był wykształconym rolnikiem i po zdobyciu niezbędnego doświadczenia kupił swoją własna ziemię. Gospodarstwo rozwijał uparcie mimo rożnych przeciwności losu, i zasłynął tym, że jako pierwszy w Polsce wprowadził i rozpropagował szparagi. Eksportował je na samym początku XX wieku do carskiej Rosji. Szparagi nadal rosną na Białołęce i są tym pierwszym wyczekiwanym warzywem, które na wiosnę ściąga tu pierwszych klientów. Ludwik w dawnej stodole otworzył sklep, w którym sprzedaje warzywa, zioła prosto z pola. Jest ich tu całe bogactwo, a więc szparagi, cukinie i ich kwiaty, buraki, kalarepy, mangoldy, fasole, rożne odmiany sałat, kukurydza. Kilka hektarów ziemi przynosi bogate plony, ale w ostatnich latach w sklepie znajdziecie też świeże pieczywo, oleje, orzechy, wspaniale sery etc. No i jesienią – kilkaście rodzajów dyni. Jeśli spotkacie właścicieli na pewno chętnie opowiedzą o swoich plonach. Żona Ludwika, Jola od lat chętnie dzieli się przepisami na mniej znane warzywa. Tu zaopatrują się najlepsze warszawskie restauracje. Dla przyjaciół i klientów na koniec sezonu właściciele organizują Dzien Szabrownika – można wtedy pospacerować po polu, własnoręcznie zebrać ostatnie niedobitki warzyw i wspólnie świętować przy ognisku. Przez następne pół roku Jola i Ludwik są już tylko narciarzami! Po sąsiedzku u Zdzisława nieco inny asortyment, więcej kwiatów doniczkowych, sadzonek, ale też są warzywa, piekarnia, przetwory, wina, jajka, wspaniała domowa kombucha i mała, malownicza restauracja w pruskim domku, która serwuje świetną kawę, śniadania i luncze. Ach czasami, gdy ciężko zaparować wśród luksusowych SUV-ów na wiejskim parkingu nazywamy ich przekornie warszawskim Hampton, ale to nie zmienia faktu, że na pewno znowu nas tu spotkacie. Lepiej w dzień powszedni niż w weekend, bo mniej ludzi.
Gospodarstwo Ludwik Majlert
ul. Wyspiarska 45
Rysiny – Rodzinne Gospodarstwo Ogrodnicze Zdzisława i Elżbiety Majlertow
ul. Smugowa 30/b

fot. A Więch

 

Neapolitańska i drinki

Pizzaiolo powstało z przyjacielskiej zajawki, wspólnej pracy w gastro i miłości do pizzy. Wykluwało się przez kilka lat, ekipa trenowała najpierw swoje umiejętności w słynnym 2/8 – barze ulokowanym przy Barce nad Wisłą. A potem zgrany już team uderzył w samo centrum Warszawy. Na Kruczej otworzyli duży lokal, który wystartował pod hasłem pizza i drinki. – Od początku chcieliśmy stworzyć miejsce gwarne, otwarte na ludzi i żyjące do późnych godzin, takie, do którego wpada się na jedzenie, ale często zostaje na dłużej. Duży wpływ na to, czym dziś jest Pizzaiolo, miały nasze doświadczenia z Neapolu. To stamtąd wzięło się podejście do pizzy, ale też do samego lokalu – bez zbędnego nadęcia, za to z dobrym jedzeniem, muzyką i ludźmi dookoła – opowiadają właściciele Grzegorz, Piotr i Darek. W menu klasyczne receptury spotykają się z autorskimi interpretacjami i nowymi pomysłami. Jest też pizza tygodnia, która daje przestrzeń na sezonowe składniki i nowe połączenia. Dużą wagę przykładają do składników. Sięgają po produkty od sprawdzonych włoskich dostawców oraz, kiedy tylko mogą, po sezonowe warzywa i zioła z lokalnych gospodarstw. Dużo składników przygotowują też sami, tak żeby jak najlepiej pasowały do pizz.  Dziś Pizzaiolo ma dwie odsłony. Krucza to pierwszy lokal w centrum Warszawy, a otwarte pod koniec 2023 roku Pawilony są jego bardziej imprezowym rodzeństwem. Tu jeszcze większą rolę gra muzyka właściciele zapraszają DJ-ów, młode kolektywy i organizują wydarzenia. No i  cóż idąc do Pizzaiolo wiadomo, że trzeba będzie poczekać, że będzie głośno i gwarnie, ale też pizza będzie pyszna, podana sprawnie, a my możemy patrzeć na barwny tłum, czy spotkać znajomych.

Krucza 16/22
Nowy Świat 22/28a

Legenda w nowych rękach

Między Nami to legenda. Pierwszy bar LGBT w Warszawie (pewnie i w Polsce). 30 lat temu stworzyły to miejsce Beata Bleibel i Ewa Moisan. I prowadziły przez dekady, zamieniając je w pewnego rodzaju instytucję, tworząc wydarzenia, wystawy, drukując pocztówki, przewodniki miejskie, zapraszając stałych bywalców na słynne śledziki, na których regularnie bawiła się cała artystyczna elita miasta. W 2024 Między Nami przeszło w nowe, młodsze ręce. Właściciele Gustaw, Anna i Jan trochę je odświeżyli, ale generalnie kontynuują tradycje miejsca. W ciągu dnia wpada się tu na śniadanie i lunch, później na kolację, a wieczorem atmosfera płynnie przechodzi z restauracyjnej w barową. Kuchnia jest współczesna, sezonowa i bez zadęcia. Czerpie z polskiej klasyki, ale łączy ją ze smakami z różnych stron świata. Karta regularnie się zmienia, a ważną jej częścią są mniejsze dania do współdzielenia – można więc wpaść na szybki lunch lub jednodaniową kolację, ale równie dobrze zamówić kilka rzeczy na stół. W piątki i soboty wieczór MN zmienia rytm dzięki setom DJ-skim. To nadal miejsce do rozmowy, jedzenia i picia, tylko z wyszukaną ścieżką dźwiękową w tle. Trudno o bardziej warszawski adres: Bracka, tuż przy odnowionym Placu Pięciu Rogów, w samym środku miasta. Latem dochodzą dwa pełne zieleni ogródki. Można wpaść na godzinę i zostać do późna – i chyba właśnie na tym polega fenomen MN1994. O każdej porze ma coś ciekawego do zaoferowania. A nad barem znajduje się Between Us Bed and Breakfast – apartamenty do wynajęcia prowadzone wciąż przez dawne właścicielki Między Nami.
MN1994
ul. Bracka 20

 

 

Raki i Ząbkowice

Autorska restauracja w samym centrum Pragi, tuż obok Dworca Wileńskiego, cerkwi i warszawskiego zoo. Założona przez Adriana Górniaka, jednego z najwybitniejszych polskich sommelierów. To on zaplanował tu wszystko od wyboru lokalizacji, wystroju wnętrz, nazwy, menu, czcionki, układu karty, komunikacji w social mediach – za wszystko odpowiada osobiście. Zależało mu na tym, by stworzyć na Pradze miejsce ambitne, gdzie będzie można spróbować kuchni polskiej, polskich win, cydrów, piw oraz napojów bezalkoholowych. Żródło otworzyło się w 2020, czyli na samym początku lockdownu w Polsce, i od razu ujęło nas swoją autentycznością. Serwuje odważną polską kuchnię, niesztampowe wina, no i ma świetną obsługę. Polskość ma tu znaczenie też w wystroju wnętrz. Meble są polskiej produkcji – Paged, Fameg, a także stoły wykonane specjalnie do restauracji (według projektu Adriana!). Zastawa to naczynia zakupione z drugiej ręki, a powstałe w często nieistniejących już zakładach jak Mirostowice, Tułowice, Pruszków, Chodzież, Ząbkowice, Karolina, jak i tych wciąż działających jak Lubiana i Ćmielów. Wazony vintage służą jako spluwaczki na degustacjach (są super!). Lampy z kolei stworzył znajomy właściciela Justyn Oboladze, który miał przez dłuższą chwilę swoją pracownię nieopodal Źródła. Deseczki pod menu wykonała przyjaciółka, Agnieszka Potrzebnicka. Na każdej z nich namalowała ręcznie polskie zioła i kwiaty. W ostatnim czasie Adrian zaprojektował oryginalne stroje dla obsługi, które są połączeniem koszul firmy Bytom, materiałów z łódzkiej firmy Pan tu nie Stał, w uszyciu pomogła jego mama. W Źródle odbywają się liczne degustacje, spotkania z winiarzami oraz pup upy. A na co dzień szefem kuchni jest tu Bartosz Styś . Restauracja otrzymała wiele wyróżnień m.in. od Michelin Guide Polska czy Gault & Millau Polska. W menu znajdziecie takie specjały jak kluski z bryndzy w sosie porowym z rokitnikiem, trybulą czy słynne już raki z emulsją czosnkową i koperkiem.
Źródło
ul. Targowa 81

 

 


 

Spektakl dla 8 osób
Ukryte przy Mińskiej 45 na warszawskiej Pradze malutkie Noriko Omakase bez wątpienia serwuje najlepsze sushi w Polsce. Przy barze mieści się zaledwie osiem osób. Konieczna jest więc wcześniejsza rezerwacja – na konkretną godzinę i posiłek. Kameralna atmosfera jest zaletą, uczestniczymy w intymnym pokazie, w trakcie którego możemy oglądać, jak kucharz przygotowuje kolejne dania, opowiadając o tym, co serwuje. Można wybrać omakase małe (12-daniowe) bądź duże (18 dań). Do tego proponowany jest specjalny pairing napojów alkoholowych lub bezalkoholowych. Magda i Marcin Jasiura, którzy Noriko prowadzą, są super sprawnym duetem. Swój pierwszy lokal otworzyli we Wrocławiu w 2019, a trzy lata poźniej przenieśli się do Warszawy. Marcin przygotowuje dania, Magda obsługuje gości, serwuje napoje; wszystko tu działa perfekcyjnie. Marcin, sushi master, prowadzi gości przez kolejne smaki, wybierając najlepsze dostępne w danym momencie produkty – ryby, owoce morza, warzywa. Każdy kawałek sushi przygotowywany jest na oczach gości i podawany pojedynczo, w odpowiedniej temperaturze i dokładnie wtedy, kiedy powinien zostać zjedzony. Caly posiłek trwa około 2 godzin. Jak podkreśla Jasiura, w jego podejściu liczą się przede wszystkim precyzja, balans i szacunek do produktu. Miejsce rekomendowane przez przewodnik Michelina. Wspaniałe doświadczenie kulinarne, jeśli jeszcze nie próbowaliście, polecamy!
Noriko
ul. Mińska 45
www.norikosushi.pl

 

 

Ferment obowiązkowy

Na Sadybie, jednej z najbardziej zielonych i kameralnych dzielnic stolicy, w lutym 2024 roku otworzyło się bistro „Ferment” – gastronomiczna część Domu Kultury i Natury „Ferment”, mieszczącego się w zabytkowej, modernistycznej willi z 1928 roku. Budynek, zaprojektowany pierwotnie dla przedwojennego aktora i celebryty Władysława Waltera, zachował swoją historyczną modernistyczną bryłę, zyskując jednocześnie współczesne, przestronne wnętrza wypełnione sztuką i otoczone rozległym ogrodem. W willi odbywają się wydarzenia poświęcone sztuce, designowi, filmowi, edukacji, ekologii. Ale my uwielbiamy przyjeżdzać tu dla autorskiego bistro Agaty Wojdy, jednej z najbardziej utytułowanych polskich szefowych kuchni. Z wykształcenia muzykolożka i skrzypaczka, do gastronomii trafiła z czystej pasji – dziś jej podejście do gotowania opiera się na prostocie, sezonowości i szacunku do lokalnych produktów. Karta bistro „Ferment” jest krótka – mieści się na jednej stronie. Zamiast klasycznych dań głównych, goście znajdą tu rozbudowaną, swobodną ofertę przystawek, zupy oraz starannie skomponowane desery, łączące tradycyjne smaki z nowoczesną formą. Agata gotuje brawurowo, dania są doskonale skomponowane, bazują na sezonowych produktach, autorskich przetworach i fermentach, są doskonale zbalansowane, wieloskładnikowe. Zachwycają. Menu jest regularnie zmieniane. Na co dzień pojawiają się również niespodzianki spoza karty. Jeśli jeszcze nie byliście w Fermencie – wprawa tam jest obowiązkowa!

Ferment

ul. Iwonicka 40

zdj. Justyna Chrobot

W prostocie siła

Po latach opuszczenia i remontów najstarszy warszawski drapacz chmur został oddany do użytku w 2018 roku, jako Hotel Warszawa – odziany w minimalistyczne marmurowe szaty przez krakowską rodzinę Likusów. W podziemiach budynku mieści się restauracja Warszawska prowadzona przez Dariusza Barańskiego, znanego wcześniej z Conceptu 13 (w Vitkacu, należącym do tych samych właścicieli). Otwarcie tej restauracji zrobiło sporo szumu, menu i precyzja podania dań zebrały wiele komplementów. Jeśli chodzi o naszą opinię, najbardziej lubimy tutejsze przystawki. Są lekkie i subtelne, nieskomplikowane, ale ciekawe. Dania główne, takie jak połówka kurczaka czy kotlet schabowy wielkości talerza, stały się signature dishes Warszawskiej, i choć te już mniej nas kręcą, doceniamy ich prostotę – trzeba dużo odwagi, by w takim wnętrzu i miejscu odejść od napuszonego fine diningu. Trochę jednak ubolewamy nad kartą win, przydałoby się kilka awangardowych pozycji. Kto więc czasem ma ochotę na schabowego i odrobinę luksusu, śmiało niech rusza do dawnego Prudentialu.
Warszawska
Hotel Warszawa
pl. Powstańców Warszawy 9
www.warszawa.hotel.com.pl

 

 

Udon czy ramen?

Dziś chyba jedno z najbardziej autentycznych azjatyckich miejsc w Warszawie. To tu pielgrzymują wycieczki Japończyków, gdy zatęsknią za swoimi domowymi smakami. Uki Uki założył kilka lat temu Taira Matsuki, żeby nauczyć warszawiaków jeść udon – grube, robione na miejscu, japońskie kluski. Można zamówić je solo lub w zestawach, np. z genialnymi kakiage (warzywami w tempurze) lub łososiem. Jakiś czas temu doszły też rameny. Koniecznie spróbujcie, zdecydowanie najlepszych w mieście, lodów z zielonej herbaty. Obsługa jest megasprawna, jedzenie serwowane bardzo szybko, lokal duży, a mimo to ustawiają się przed nim (zwłaszcza w weekendy) wielkie kolejki. Stolików niestety nie można rezerwować. Trzeba odstać swoje albo liczyć na łut szczęścia i mniej oblegane dni tygodnia.
Uku Uki
ul. Krucza 23/31
facebook.com/ukiuki.udon

 

 

Kawa to nie czarna magia

Najpierw piło się po prostu kawę, później pojawił się Stor i dzięki niemu liczył się już tylko kwaśny i aromatyczny drip lub słodki, owocowy aeropress. Jadąc Tamką, mijamy kamienicę, której parter wyznaczają ciemne ściany i panoramiczne okna. Siedzący przed tym niepozornym miejscem ludzie to stali goście kawiarni, do której od lat przychodzą dla świetnej kawy oraz klimatu. I dla wnętrza, które się nie starzeje i przypomina nam nasze ulubione sztokholmskie lub nowojorskie kawiarnie. W środku spotykamy młodych baristów i wiernych bywalców, przesiadujących tu prawie codziennie. Motto kawiarni brzmi „Dobra kawa to nie czarna magia”. W ciemno zamówcie więc dowolną kawkę i obowiązkowo coś z ich pysznych słodyczy! W tle malowniczy zakon szarytek, kilka kroków wyżej na Tamce pracownia ceramiczna Fenka, do której koniecznie też warto zajrzeć, obok perfumeria Mood Scent Bar i kilka innych klimatycznych butików, sklepików, tu warto pospacerować! Na skrzyżowaniu z Kruczkowskiego – zjecie genialny syryjski falafel oraz jedne z najlepszych onigiri w malutkim Sakamotoya. Tu nas też często spotkacie. Ps. druga filia Storu działa przy Brackiej.
Stor
ul. Tamka 33
ul. Bracka 18
www.stor.cafe

 

Mekka miłośników glutenu

Skoro jesteśmy już na Powiślu to nie możemy nie wspomnieć Zbożnej. Ta niewielka piekarnia rzemieślnicza ma rzesze wyznawców, którzy przyjeżdzają tu z odległych zakątków miasta fantazjując o tej puszystej foccacii, cynamonkach obtaczanych w cynamonowym cukrze, chlebie z miso, bajglach, kanapkach, genialnej karpatce. Za tą ciągle zmieniającą się ofertą rarytasów eksponowanych w witrynach Zbożnej stoją Aneta i Michał, oraz ich ekipa, która wypieka te wszystkie smakołyki tutaj na miejscu. Uwijają się od świtu do wczesnych godzin popołudniowych ciągle wyciągając z pieca nowe i jeszcze bardziej smakowite wypieki. To święty adres warszawskich foodies. Latem można usiąść na niewielkiej ławeczce przed lokalem do słodkich i słonych wypieków dodając kubek dobrego przelewu, a na wynos kupić też wiejskie jajka czy dobrej jakości masło. Ach z taką torbą od Zbożnej świat od razu jest lepszy!
Zbożna
ul. Solec 50

 

 

Mielone, pierogi i kompot

Kultowe warszawskie bistro z ulicy Mokotowskiej, które startowało z lokalem wielkości znaczka pocztowego i tylko sześcioma stolikami. Dziś potroiło objętość, ma młodszą siostrę cukiernię Kukułkę przy boku i już 20 lat na karku! Założone przez Piotra Najsztuba, który był wówczas, w latach 2000 naczelnym Przekroju – i stąd wzięła się nazwa. Współprowadzone wtedy, a dziś już wyłączenie przez Dominikę Krzemińska, która stanęła za sterami kuchni. Znane z klimatycznego wnętrza z malarstwem Marcina Maciejowskiego na ścianach (to reprodukcje oczywiście), prawdziwych polskich obiadków (pierogi, mielone i kompot), które nigdy nie wyszły z menu, (choć teraz jest też tam sporo bardziej nowoczesnych opcji), miłości do piesków i uroczego ogródka w samym sercu modnej Mokotowskiej. Uwielbiane przez rzesze stałych bywalców, którzy przychodzą tam niezmiennie od lat! Ostatnio odnotowano nawet kolejki, więc chyba możemy uznać, że to już instytucja. Miejsce konsekwentnie utrzymywane do lat w tym samym stylu – kameralnego, ciepłego bistro, z domowym jedzeniem i sympatyczną obsługa.
Przegryź
ul. Mokotowska 52

 

 

Guma i chleb

To nie jest łatwa dzielnica Warszawy, choć ulica Stalowa – z niemal nieprzerwanym szpalerem starych kamienic oraz akacji – jest jedną z najładniejszych w mieście. Pięknych i groźnych momentami. Rzeźba Pawła Althamera „Guma” przedstawiająca zataczającą się postać pijaczka, jakże charakterystyczną dla tych okolic, postawiona pod sklepem monopolowym, nie przetrwała. Poległa w starciu z lokalsami. Przetrwała za to piekarnia Rano, która kilka lat temu wykiełkowała, jakby zwiastując od tylu lat zapowiadaną przemianę Pragi w stołeczny Williamsburg. Wielkie witryny, stare drewniane drzwi, kafelki retro na podłodze. W środku wielkie maszyny i blat do formowania chlebów – cały warsztat pracy piekarza na widoku. Pachnie chlebem! To już ostatnie bochenki tego dnia. Na ladzie słodkości – sconesy, bostocki. Łapiemy je szybko, bo za nami wchodzą już kolejni klienci, sąsiedzi przyjaźnie witający się z właścicielką Weroniką. Ona sama mieszka tuż obok i zna tu niemal każdego gościa piekarni. To dzięki wytrwałości i uprzejmości udało się jej przetrwać na Stalowe, a po Rano pojawiły się tu w kóncu inne gastronomiczne miejscówki. Dostajemy do spróbowania pajdę pszennego „Klasyka”. Miękki, skórka chrupiąca, wiejskie masło, do tego pyszny przelew. Ach, tak żyć, taki chleb jeść, to jest to!
Rano Piekarnia Rzemieślnicza
ul. Stalowa 47
www.facebook.com/ranopiekarnia

 

    

 

Żoliborska świetlica

Przy jednej z bocznych ulic prowadzących do Teatru Komedia ulokowały się dwa siostrzane lokale. Secret Life Cafe (działa już od 14 lat) i było prekursorem kawek speciality na Żoliborzu. Tu można zajrzeć na śniadanie, kawę, wieczorem na wino. A drzwi w drzwi ci sami właściciele, Zuzanna i Michał Marchoccy, prowadzą wegetariańską restaurację. Mała salka z kilkoma stolikami i ścianą w klimacie wabi-sabi zaprasza na lunche i dania à la carte. Właściciele szczycą się tym, że produkty zamawiają od sprawdzonych dostawców (patrz: Forteca) i takich z ekocertyfikatami. Znajdziecie tu wegańskiego pad thaia, bibimbap, stir fry, tom yum, curry z mango czy orkiszowe podpłomyki z sezonowymi dodatkami. Każde danie trochę z innej bajki, ale bardzo smaczne. Oraz co dziennie inny zestaw lunchowy. Nic dziwnego, że Żoliborzanie odwiedzają Ósmą Kolonię licznie i chętnie. Tu jest ich lokalna stołówka i świetlica.
Ósma Kolonia & Secret Life Cafe
ul. Słowackiego 15/19
www.facebook.com/osmakolonia/

 

 

 

Nowe twarze Opasłego

Nie da się pisać o warszawskiej gastronomii i nie wspomnieć o rodzinie Kręglickich. Rodzeństwo, Agnieszka i Marcin, 20 lat temu uruchamiali w Warszawie pierwsze nowoczesne restauracje, po czasach PRL-owskiego wygłodzenia włoskie Chianti, greckie Meltemi, meksykańskie El Popo, francuski Absynt – to był prawdziwy sztos. Dziś w zalewie nowych miejsc nieco przyblakły, ale pół roku temu inny koncept Kręglickich, znany z ulicy Foksal Opasły Tom, został otwarty w nowej lokalizacji. Dzięki współpracy ze zdolnym wrocławskim Buck.Studio jest to zdecydowanie jedna z najpiękniejszych restauracji w Warszawie. Falista blacha obita aksamitem na ścianach, marmur anticato na stolikach, czeczotowe drewno czy genialne autorskie lampy składane z wielu kloszy z polskich fabryk – każdy detal jest tu dopracowany i idealnie wkomponowany we wnętrze. Karta oferuje autorskie reinterpretacje polskiej klasyki, w której znajdziecie np. pierogi z wędzonym sandaczem i porem w sosie maślanym z cytrynową skórką czy tatara wołowego podawanego ze szpikiem kostnym. Są też opcje warzywne np. seler pieczony w soli z pastą z fasoli i jabłka oraz wegańskie białe szparagi z czosnkiem niedźwiedzim. Można zamówić też menu degustacyjne i przejść przez większość pozycji w menu Opasłego. A jeśli chodzi o Kręglickich, koniecznie trzeba odwiedzić ich środowy targ w Fortecy, gdzie można kupić bezpośrednio produkty od rolników i producentów. Świeże warzywa od Pana Ziółko, jogurty i sery z Mlecznej Drogi etc. Forteca to mekka warszawskich foodies i świetna robota Kręglickich na rzecz wspierania małych ekologicznych producentów.
Opasły Tom
ul. Wierzbowa 9
Forteca Kręgliccy – Targ
ul. Zakroczymska 12

 

 

 

 

 

 

Klasyki unowocześnione

Ta warszawska cukiernia działa już od trzech pokoleń. Zaczęło się w 1946 roku na Pradze. Jan Dynowski – cukiernik i mistrz czekolady w fabryce Wedla – otworzył pracownię przy ulicy Stalowej. Jakość przedwojennego rzemiosła przeniósł w nową rzeczywistość odbudowującej się stolicy. Jego żona Stanisława oraz córka Halina sprawiły, że firma przetrwała czasy PRL-u, a potem rozkwitła na nowo w wolnej Polsce. Dziś prowadzi ją wnuk Jana – Albert Judycki wraz z Jackiem Malarskim. Panowie, zanim na dobre przejęli stery Lukullusa, ukończyli najlepsze francuskie szkoły gastronomiczne: Le Cordon Bleu i Ferrandi. Udało im się nadać rodzinnej firmie nowoczesne oblicze, zarówno słodyczom, jak i samym cukierniom. Mają gust, smak, a jednocześnie wdzięcznie nawiązują do tradycji. I to warszawska publiczność uwielbia! Panowie zmodyfikowali klasyczną ofertę cukierni wprowadzając takie smakołyki jak kultowe ptysie – karmelowe i owocowe. Zostały pączki, bajaderki czy napoleonki – ale w wersjach zmodyfikowanych, unowocześnionych, pojawiły się nowości takie jak czekoladowa tarteletka Orinoko czy magdalenki yuzu (nasze ulubione, musicie spróbować). Uwielbiamy kolaboracje Lukullusa z ciekawymi warszawskim architektami – przykładem jest wnętrze Lukullusa St. Tropez na Rozbrat zaprojektowane przez Olę Wasilkowską, Chmielna autorstwa Jana Strumiłło, czy Francuska dzieło Zofii Wyganowskiej.
Lukullus
ul. Chmielna 32, ul. Walecznych 29, ul. Mokotowska 52 a
Lukullus w St. Tropez
ul. Rozbrat 22

(fot. Zuza Krajewska, Oni Studio)

 

Wegańskie brzoskwinki

Jedno z najciekawszych wegańskich miejsc stolicy. Za projektem stoją Monika Mazurek i Klaudia Górak, które poznały się, pracując w warszawskiej gastronomii. Peaches narodziło się podczas pandemii – najpierw było wspólnym gotowaniem, cateringiem i dark kitchen, by w 2021 roku zamienić się w restaurację działającą przy kultowym SPATiF-ie. Od początku podstawą była kuchnia całkowicie roślinna, ale bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Zamiast imitować mięso, Peaches stawia warzywa w centrum: grilluje, fermentuje, przypala i łączy je z intensywnymi sosami, ziołami i przyprawami. Inspiracje płyną z Meksyku, Azji, Karaibów czy Bliskiego Wschodu, spotykając te egzotyczne smaki z sezonowymi produktami od lokalnych dostawców. Swoje menu budują wokół pór roku i lokalnych składników, serwując dania w towarzystwie win naturalnych oraz koktajli własnego autorstwa. Równie ważna jak kuchnia jest stojąca za Peaches idea. „Gastro Girls” to nie przypadkowy dopisek – miejsce powstało jako kobieca, inkluzywna przestrzeń w świecie gastronomii, w którym najważniejsze stanowiska wciąż często zajmują mężczyźni. Jest tu luz, wspólnotowość i własne zasady. Dziś Peaches działa przy Stalowej 36 na Pradze. To restauracja, ale też trochę kolektyw i manifest nowej gastronomii: otwartej, bezpretensjonalnej i świadomej. Takiej, w której idee nie przesłaniają smaku – tylko trafiają razem z nim na talerz.
Peaches Gastro Girls
Stalowa 36

 

 

Kinako, mochi i figi

Warszawskie Happa jest bardzo przestronne, chyba jeszcze większe niż jego poznański pierwowzór. Nie ma tu stolików, goście siadają na specjalnych siedziskach rozmieszonych pod ścianami. Surowy beton, drewniane elementy, betonowy bar vis a via wejścia połączony z długim common table odgrywa tu główną rolę. W boczne salce znajdziemy podest, na którym można usiąść, jak w Japonii, bez butów na podłodze – obsługa poda nam nasze zmówienie na małej drewniane tacce. Za barem kilka osób w ciszy i skupieniu przygotowuje napoje i serwuje słodycze (jeśli jeszcze są, sold outy są tu na porządku dziennym, więc kto pierwszy ten lepszy). Sprawnie nawigują kolejką gości. Happa to Warsaw odwzorowuje ducha wabi-sabi, czyli głównej inspiracji obu właścicieli. Marcin i Shota tłumaczą go tak: wabi to połączenie pokory i prostoty – życia w zgodzie z naturą. Oznacza również osobę, która zadowala się tym, co posiada i jest  gotowa ograniczać swoje potrzeby. Sabi wiąże się z upływem czasu. Skupia się na przemijalności i pięknie naturalnego starzenia się. Shota – Japończyk pochodzący z Osaki, od dziecka towarzyszył mamie i babci w pieczeniu japońskich słodkości. Z pełnym oddaniem i pieczołowitością stara się oddać ich smak w Happa. Wszystkie słodycze robi ręcznie według receptur swojej babci. To nigdy nie będzie taśmowa produkcja i to tłumaczymy cierpliwie gościom, którzy faktycznie czasem są rozgoryczeni, że dla nich nie starczyło mięciutkich mochi albo delikatnych doryaków przekładanych kremem z matchy. – My nie jesteśmy typowym gastro! Działamy na swoich zasadach, nasi goście to zazwyczaj rozumieją i szanują. Ale czasami potrafią się zdenerwować, jeśli przychodzą i liczą , że wejdą przed siódmą i szybko dostaną porcję słodyczy. Staramy się cierpliwie tłumaczyć naszą filozofię. Nie ma kompromisów! Jakość musi być zawsze taka sama i najwyższa. Dlatego matchę i wiele innych składników sprowadzają aż z Japonii. – Nasza matcha pochodzi z plantacji, która zaopatruje zamek cesarskie w Japonii. Czekaliśmy na nią w kolejce 3 lata – opowiada Marcin. Matcha kinako latte jest tu absolutnie wyjątkowa – bardzo aromatyczna, wyrazista podawana ze pianką ze spienionego mleka roślinnego i polana gęstym syropem z brązowego cukru, który też przyjeżdża z Okinawy! Wszystko w autorskich ręczenie robionej ceramice. Ostatnio spróbowaliśmy jesiennej propozycji czyli matchy z konfiturą figową polanej syropem z cukru i tahiny. Musimy powiedzieć , że to był sztosik. Shota zajmuje się słodyczami, przepisami, niechętnie się pokazuje, rozmawia, lubi być skoncentrowany na tym, co robi w kuchni. Marcin z kolei jest bardzo rozmowny, kontaktowy dlatego zajmuje się wszystkim innym – sprawami promocji, zespołem, biznesem.
Happa Warsaw
ul. Hoża 43/49
https://www.facebook.com/happatomame

 

 

 

Sztuka, astrologia i ogród

Turnus powstał w 2020 roku jako niezależny kolektyw artystyczno-kuratorski i jest prowadzony przez Kamilę Falęcką oraz Marcelinę Gorczyńską. Obie są artystkami, skończyły studia na wydziale Sztuki Mediów, warszawskiej ASP. Wszystko zaczęło się od przyjaźni i potrzeby robienia czegoś razem – wspominają. – Turnus założyłyśmy będąc na trzecim roku studiów z chęci do wspólnego działania, które na początku przyjęło formę przeróżnych wydarzeń artystycznych. Trzy lata później nadszedł czas na podjęcie decyzji co dalej, wtedy pojawiło się marzenie o własnym miejscu. Po studiach miałyśmy przystanek na Bazarze Różyckiego, na którym odnalazłyśmy swoje tymczasowe miejsce na biuro i archiwum Turnusu i to właśnie tam zrozumiałyśmy, że potrzebujemy czegoś innego, że chcemy otworzyć galerię sztuki połączoną z kawiarnią. I tak w 2023 roku zaczęłyśmy turnusową przygodę na warszawskiej Woli. Podczas pierwszego spotkania, na którym miałyśmy zdecydować, co właściwie będziemy robić, odbyła się burza mózgów na temat nazwy i Marcelina zaproponowała słowo Turnus, które od razu wszystkim się spodobało i odpowiadało atmosferze, którą chciałyśmy kreować podczas naszych wydarzeń. Przez kilka lat Turnus mieścił się na Woli i pełnił rolę baru, galerii i świetlicy. Wiosną 2026 roku przeniósł się do centrum do budynku dawnej szkoły podstawowej tzw. „tysiąclatki”, która od kilku lat jest siedzibą Komuny Warszawa. Samo centrum miasta, z dala od budynków mieszkalnych, pozwala na bardziej swobodne świetliczenie. – Towarzyskość to słowo klucz i główne założenie Turnusu. Chcemy, aby wszyscy czuli się u nas dobrze, a miejsce przepełniał gwar codziennych rozmów. Poszukujemy ciągle idealnego modelu działania i staramy się zachować balans pomiędzy galerią i kawiarnią, aby obie przestrzenie samostanowiły o sobie – dodają właścicielki. I faktycznie w Turnusie codziennie dzieje się coś innego, są wernisaże, spotkania astrologiczne turnieje szachowe czy…. rajdy rowerowe. Każdy dzień jest dosyć nieprzewidywalny, ale jedno jest pewne – jest tu miło, bezpretensjonalnie, ceny nie są wysokie. Wypijecie tu kawę, matchę, winko naturalne czy piwo, są dobre kanapki, małe przekąski. No i ten ogród w centrum miasta!

Turnus
ul. Plater 31

 

 

 

Zdjęcia: redakcja, materiały prasowe, zdjęcie tytułowe Łukasz Kopeć

 

 

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 29

  • nr 28

  • nr 27

  • nr 26

  • nr 25

  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa

  • Berlin