JEMY, MÓWIMY, CAŁUJEMY
WYDARZENIA

Solo, ale w chórze

Niestety, nie mogłem nikogo porzucić,​ bo od dawna byłem sam. Pseudoekologiczne skąpstwo wykluczało wizytę w salonie samochodowym, a wrodzona wada​ genetyczna zamknęła drogę do świata​ crossfitu, fitnessu i kolarskich gatek. Musiałem znaleźć własną metodę na pokonanie bólu istnienia.​ Jak każdy szanujący się mieszkaniec​ Warszawy, poszedłem na terapię. Podczas​ spotkań często wpadałem w panikę, bo​ nie potrafię opowiadać o tym, co czuję. Zamiast odkopać pogrzebane marzenia, serwowałem terapeutce błahe anegdoty i jak​ głupi łapałem się mało istotnych wspomnień. Nie wiem, czy znacie takie momenty, w których trzeba powiedzieć coś​ ważnego, a wam w głowie gra tylko ostatnia zwrotka przyśpiewki weselnej o jajeczkach pana młodego. Przyciskany do muru przez terapeutkę, wyłuskałem w końcu​ informację o tym, że w podstawówce przez​ moment szło mi dobrze na lekcjach plastyki. Wspólnie pociągnęliśmy wątek, zrobiliśmy z igły widły i przy wsparciu psycholożki przekonałem samego siebie, że jestem niespełnionym artystą.​ Mózg zdezorientowany takim obrotem spraw wykombinował, że spośród​ dostępnych zajęć najlepiej będzie wybrać​ grę na pianinie. Powstało nawet sensowne wyjaśnienie – kiedyś przecież porzucę​ pracę i dzięki nowej umiejętności zatrud‑nię się jako taper w luksusowym hotelu. To była piękna perspektywa – grać do​ kotleta i do końca sędziwego życia nie​ mieć kontaktu z rzeczywistością. Szybko​ znalazłem dobrą nauczycielkę, lecz co​ z tego: po trzech miesiącach zdezelowane​ ramię odmówiło ćwiczeń i znów zostałem bez celu.

Nie pisałem jeszcze o tym, że uważam​ człowieka za mało skomplikowaną konstrukcję. Tak, posiłkuję się tylko swoimi​ doświadczeniami, ale mam wrażenie, że​ wysnuwam wnioski fundamentalne dla​ wszystkich. Odkryłem, że najdrobniejszy​ wysiłek dokonany w imię samodoskonalenia daje tak wielką satysfakcję, że przez kolejne lata można spokojnie nic nie ­ robić.​ W okrężny sposób dochodzę do sedna.​ Gdy palce zapomniały o pianinie, a gnuśność rozlała się niczym szampon w podróżnej torbie życia, ponownie zwróciłemsię w stronę muzyki. W wieku 45 lat zgłosiłem się na warsztaty chóralne Teatru​ Wielkiego. Trzecia edycja tych warsztatów rozpoczęła się w styczniu. Przez dziesięć tygodni mieliśmy spotykać się w każdą sobotę​ i niedzielę, spędzając po dwie godziny na​ ćwiczeniu emisji głosu, techniki oddychania i linii melodycznych pieśni, które należało wykonać podczas koncertu zamykającego warsztaty.​ Zgłosiło się nas ośmiu mężczyzn,​ w porywie do trzynastu, plus przeszło​ osiemdziesiąt kobiet. Olbrzymia większość miała doświadczenie w śpiewaniu​ w chórach przykościelnych. Kilka osób,​ tak jak ja, przyszło z mętnym wyobrażeniem własnego, nieodkrytego talentu.​ Pierwsze znane utwory chóralne datuje się na drugi wiek przed naszą erą. Na​ pewno jednak historia śpiewania w grupie jest o wiele starsza. Śmiesznie jest​ wyobrazić sobie prymitywnego przodka,​ który – ociosując drewniany kołek – jako​ pierwszy zaczął nucić jakąś melodię. Być​ może od razu dostał od kolegi kamieniem w łeb, ale niewykluczone, że towarzysz podchwycił nutę i znalazł przyjemność w powtórzeniu jej, w harmonii​ dwóch gardeł i ciał.

Wydawanie dźwięku w grupie daje​ organiczną satysfakcję. Wtapiasz się i jednocześnie odnajdujesz swój głos. Akces do​ warsztatów nie wymaga deklaracji politycznej i zaznaczenia statusu materialnego,​ wystarczy skończyć 25 lat i określić się jako​ amator. Już w pierwszej godzinie ­ muzyk​a wyłania się z bezcielesnej przestrzeni,​ wkraczając w zwykły dzień jak słońce, zapach kwiatów lub polecenie ­ zapłaty. Wszystkie utwory można dość łatwo​ ulokować na mapie świata i osi historii, ale​ bez otwarcia ust pozostają tylko hipotezą.​ Wymuszają na człowieku stworzenie ich​ od podstaw. Nabierają kształtów tym piękniejszych i pełniejszych, im lepiej rozumie się rolę oddechu, punkt startu każdej​ nuty. Ona powinna zabrzmieć w głowie, jeszcze zanim wydobędzie się z gardła. To praca ciała kontrolowanego przez umysł, podobna do figur tańca w balecie. Ważne jest wyobrażenie sobie celu, a potem skierowanie powietrza w możliwie jak najswobodniejszy sposób w stronę tych miejsc w ustach i głowie, które pozwalają wydobyć czysty dźwięk.

Brzmi lekko, ale po drodze czekają przeszkody. Każda nowa pieśń jest niepodobna do poprzedniej. Zanim melodia pierwszych taktów zdąży zostawić swój odcisk w pamięci, już poganiają ją następne takty, a po nich przychodzą zmienne rytmy, tempa, nastroje. Przekonaj siebie do wydymania brzucha przy każdym wdechu. Zapomnij o talii, puść swobodnie ramiona, nie naprężaj mięśni szyi i podbródka. Traktuj szczękę jak luźno działające zawiasy pozwalające uformować ładnie brzmiące „a”, zatrzymaj rozszerzone żebra, jak gdyby ktoś rozciągał je hakami na mięso, i zaprezentuj właściwe „e”. Powtarzaj „nga, nga, nga”, a potem „giti, kiti, giti, kiti”. Pomyśl, że uginasz lekko lędźwia, jakbyś siadał na stoliku barowym, a będzie ci łatwiej trafiać czysto w coraz wyższe nuty. Nie śpiewaj piosenek ludowych, jakby były żołnierskie, a pieśni pisanej w celi aresztu gestapo nadaj tkliwość i tęsknotę, bo przecież mogła pozostać pod powierzchnią i nie dotrzeć do ukochanej. Wychodzimy z sali uśmiechnięci. Wywalamy język i wprawiamy go w ruch między wargami, jak małe dzieci, które udają, że pierdzą, a przy okazji opluwają wszystko dokoła. Opluwamy maskę, jaką zakładamy, będąc dorosłymi ludźmi. Beztrosko rozśpiewani, aż do najbliższego przystanku.

 

Tekst: Mateusz Wójcik. Ilustracja: Ola Szczepaniak

Zobacz też podobne artykuły

Wszystkie wydania ust
  • nr 29

  • nr 28

  • nr 27

  • nr 26

  • nr 25

  • nr 24

  • nr 23

  • nr 22

  • nr 21

  • nr 20

  • nr 19

  • nr 18

  • nr 17

  • nr 16

  • nr 15

  • nr 14

  • nr 13

  • nr 12

  • nr 11

  • nr 10

  • nr 9

  • nr 8

  • nr 7

  • nr 6

  • nr 5

  • nr 4

  • nr 3

  • nr 2

  • nr 1

Nasze przewodniki po miastach
  • Kraków

  • Lizbona

  • Polskie góry

  • Bangkok

  • Lato

  • Kioto

  • Mediolan

  • Singapur

  • Warszawa

  • Berlin