

Znajdziecie ją na niezbyt turystycznej Potsdamer Straße (kilka kroków od niszowego Andreas Murkudis, o którym pisałem w przewodniku po Berlinie). Nazwa restauracji jest związana z tytułem dziecięcej książki, do której Klett czuje ogromny sentyment – chodzi o ukochaną „Panamę” Janosch’a. Wchodząc do środka, nie znajdziemy tutaj dosłownego klimatu związanego z kulturą Panamy, z wyjątkiem paru palm i kaktusów. Ale samo wnętrze jest świetne, jasne i nowoczesne. Zaprojektowało je dizajnerskie studio Karoline Butzert i Nory Witzigmann. Panama to dwupiętrowy lokal o eklektycznym charakterze. Meble komponują się z sztuką berlińskich artystów – mamy tu fotografie Juliusa von Bismarck’a oraz gigantyczną, neonową kość Kremima Seiler.


Szefową kuchni jest Sophia Rudolph (wcześniej sous chef w gwiazdkowy Rutz), która ma słabość do lokalnych produktów i łączenia ich w niecodzienny sposób. Menu jest podzielone na small things, raw, leaves, grains & vegetables, meat & fish oraz desserts. Wszystkie dania są stosunkowo małe, więc zalecamy zamówić parę różnych pozycji, którymi będziemy mogli się dzielić z innymi. Dopiero wtedy naprawdę odczujemy kulinarną magię Panamy. Słonowodna krewetka z borówkami, słynne Panama empanadas lub ziemniak z ognia podawany z szynką Iberico i śledziem. Taki zestaw rzeczywiście pobudza kubki smakowe. Tatar z dziczyzny serwowany z piklowanymi grzybami shiitake jest warty skosztowania, tak jak prostsze, ale i tak wyśmienite domowe risotto.


Nic dziwnego, że Panama stała się jednym z najmodniejszych punktów na kulinarnej mapie Berlina. Restauracja pracuje dopiero od szóstej wieczorem i trzeba mieć ogromne szczęście, by zjeść u bez rezerwacji. A warto wstąpić choćby na drinka przy barze!
Panama, BERLIN, Potsdamer Straße 91
www.oh-panama.com
tekst: Edward Kanarecki, zdjęcie: Philipp Langenheim & Corina Schadendorf
Och Panamo!












































