Redakcja

Jak mały kolorowy żółw

Aby zaistnieć w Nowym Jorku, czasem wystarczy talent i trochę szczęścia. Częściej jednak jest to okupione ciężką pracą i gotowością do poświęceń, przy świadomości, że ambitnych twórców są tam dziesiątki tysięcy. O przetrwaniu w wielkim mieście, odnajdywaniu równowagi i islandzkim duchu opowiada artystka Hrafnhildur Arnardóttir, czyli Shoppy.

– 15/02/2018 –

 

Pamiętasz swój pierwszy dzień w Nowym Jorku?

To musiał być 1992 albo 1993 rok. Przyjechałam na wycieczkę ze studentami ze szkoły artystycznej. Zatrzymaliśmy się w hotelu na Washington Square. Od razu poczułam, że Stany to zdecydowanie coś innego niż Europa. Wtedy nikt nie miał Internetu. Gdy się gdzieś jechało, wiele rzeczy faktycznie widziało się pierwszy raz.

 

To musiał być niezły szok. Islandia, z której pochodzisz, to przede wszystkim natura i przestrzeń.

Jesteśmy tam odseparowani. Nie mamy żadnych sąsiadów, wokół jest tylko woda. Mimo to wielu Islandczyków wraca, by żyć na wyspie. Bo to wyjątkowy kraj, ten minimalistyczny krajobraz, mała populacja… Ale ja miałam silną potrzebę opuszczenia Islandii. To podobno częste u urodzonych wyspiarzy. W Nowym Jorku poczułam, że mogę od nowa stworzyć siebie.

 

 

Images by Elisabet Davids

 

Stworzyłaś się od nowa jako Shoplifter, czyli sklepowa złodziejka. Skąd ten pseudonim?

Śmieszna sprawa. Już w pierwszym miesiącu mojego pobytu w Nowym Jorku ktoś źle usłyszał moje imię i tak je wymówił. Nie zrezygnowałam z Hrafnhildur Arnardóttir, no ale Shoplifter wymawia się dużo łatwiej. Postanowiłam go używać także po to, by dotrzeć do sedna tego, kim tutaj jestem, bez bagażu mojego – niemal kościelnego – islandzkiego wychowania.

 

Początkująca artystka w Nowym Jorku. To musiał być niezły survival.

Na Islandii skończyłam malarstwo, więc w Stanach musiałam wyjść poza ten sztywny krąg: farby, sztaluga, płótno. Mieszałam dziedziny, nie chciałam dać się zaszu adkować. Zapisałam się do School of Visual Arts. Mogłam tam działać w dowolnych mediach. Dano nam olbrzymią wolność. Wiesz, że ja z Islandii nie przywiozłam żadnego obrazu ani przyborów malarskich? Naprawdę chciałam zacząć od podstaw.

 

Nie miałaś portfolio?

Nie! Złożyłam wniosek i się dostałam. Mieliśmy na Islandii system pożyczek edukacyjnych, rząd pokrywał koszty kształcenia i utrzymania, gdy wybrało się studia podyplomowe, których nie było w kraju. To mi wystarczyło na dwa lata nauki. Do dziś spłacam ten dług, ale to nie jest wielkie obciążenie. Miałam cholernie dużo szczęścia, że żyłam pod parasolem bogatego państwa skandynawskiego. Wielu innych uczniów żyło pod presją braku pieniędzy, tego, że wylądują na ulicy i już na zawsze pozostaną bezdomni.

 

Miałaś szczęście, ale też twoje prace robią wrażenie. Często używasz w nich włosów. Skąd pomysł na taki materiał?

W moich pracach jest dużo ze świata fantastyki i kreskówek. Inspiruje mnie ob tość popkultury. Jestem zakupoholiczką, lubię kolekcjonować przedmioty. Fascynują mnie kolory, materiały, kształty, dziwne obiekty niemające żadnego sensu, które tu są produkowane na masową skalę. Na przykład nóż do bananów – abstrakcja i absurd. Na początku znajdowałam różne przed- mioty i sklejałam je, tworząc pozornie bezwartościowe śmieci. Używałam taśmy, wazeliny, żyłek wędkarskich, przezroczystych materiałów, przemysłowego kleju. Nie chodziło o przesłanie, które miał nieść projekt, po prostu bardziej postrzegałam siebie jako gra ka niż malarza. Zaczęłam więc używać włosów, bo uważam, że nawet jeden włos może oddać istotę rysunku. Włos to linia, a używając go, czuję, jakbym pracowała z materiałem. Albo jak ten materiał pracuje we mnie. Ja nie tylko rysuję, ja się temu poddaję.

 

Nervescape V by Hrafnhildur Arnardottir / Shoplifter at Qagoma, Brisbane, Australia, November 2016. Images by Natasha Harth

 

W twoim studiu widać, że dajesz projektom czas, by dojrzały.

Bo te moje projekty są czymś więcej niż rzeźbami z włosów. Są efektem końcowym procesu o wiele bardziej skomplikowanego, niż się wydaje… Ludzie używali końskich włosów przez lata, ale w bardzo małych ilościach. Mnie od zawsze pasjonowała ob tość, szeroki dostęp, swoista bezduszność masowej produkcji. Chcę, żeby widz się z tym nadmiarem skonfrontował. Nie mówię, że więcej znaczy lepiej, zwłaszcza w kontekście sztuki. Ale tak właśnie wpływam na widza. Równie dobrze mogę robić mikroskopijne kolorowe rysunki z wtopionymi w nie włosami w 3D. Mogę pracować nad materiałem, który sam w sobie wy- daje się mało zbity lub mało współpracujący z resztą materiałów, ale jak przyjrzysz się bliżej, to jest w tym całkowita spójność.

 

Widać to też w tym, jak dobierasz ubrania i dodatki. Interesujesz się modą.

Zwłaszcza modą pop. Wiesz, mam 52 lata, a pierwsze siwe włosy miałam jako dwudziestolatka. Nigdy mi nie zależało, by ubierać się adekwatnie do wieku czy pozycji. Jestem artystką, która specjalizuje się w materiałach. Pracuję na włóknach syntetycz- nych i ludzkich włosach.

 

Jak dbasz o swój rozwój artystyczny?

20 lat temu miałam taką wizję jak z „Alicji w Krainie Czarów”. Jakbym przechodziła przez wirujący mroczny pokój i dookoła drzwi. Żadne nie były dla mnie zamknięte. Odczytałam to jak zapewnienie, że nic nie stanie na drodze mojej kreatywności. Rozwijałam ją, kwestionując uprzedzenia, nie zgadzając się na ograniczenia. Na tak zwaną sztukę piękną, która jest zmonopolizowana i przez to droższa, bo nie jest tworzona dla mas. To jak poezja, niekoniecznie praktyczna, ale mówi nam o emocjonalnym życiu nas samych. To jakby życiowa lozo a, jak być artystą – wybór kariery. Ale musisz mieć przy tym wiele nadziei, wiary, optymizmu, aby wytrwać. Może i lat pracy, kiedy ludzie nie dostrzegali tego, co robisz. Myślę, że mnie pomogło to, że jestem towarzyska, imprezowałam jak szalona, robiłam performanse.

 

Współpracowałaś z & Other Stories, przygotowałaś dla nich specjalną, limitowaną kolekcję.

& Other Stories zaproponowało mi współpracę ze względu na moją sztukę. Nie mieli pojęcia, że modą zajmowałam się już wcześniej. Wyzwaniem było znalezienie sposobu, by przenieść mój artystyczny punkt widzenia na kolekcję, zrobić coś więcej niż tylko ciuchy z nadrukiem mojej sztuki. Ale musiałam też pamiętać, że chodzi tu o modę. To również musiało być spójne. Zaufałam intuicji.

 

Images by Elisabet Davids

 

 

Jak udaje ci się przetrwać na rynku sztuki w Nowym Jorku?

Wcale mi się nie udaje [śmiech]! Jestem tu trochę jak taki mały kolorowy żółw.

 

Artnet wymienił cię jako jedną z 50 najbardziej ekscytujących artystek z Europy!

To dlatego, że jestem z Europy [śmiech]. Mam szczęście, że mogę grać w obu drużynach: europejskiej i amerykańskiej. Przede wszystkim jestem Islandką, ale też żyję w Stanach od 25 lat. Przedtem moje kreatywne, intelektualne, dorosłe życie trwało może z osiem lat. Dopiero tutaj w pełni rozwinęłam swoją sztukę. Można powiedzieć, że Islandia jest jak szkielet, a Nowy Jork jak mięśnie.

 

Ciąg dalszy wywiadu do czytania w USTACH DRUKOWANYCH do kupienia TU.

Rozmawiala: Agata Endo Nowicka

 

Nervescape V by Hrafnhildur Arnardottir / Shoplifter at Qagoma, Brisbane, Australia, November 2016. Images by Natasha Harth





comments powered by Disqus