Redakcja

Domek bez adresu

Wielu naszych przodków jest na obrazach Witkacego, przecież on prowadził tu firmę portretową. Nasi dziadkowie utrzymywali liczne kontakty z artystami. Głównie ze środowiskiem sopockim. Pierwsze logo schroniska zaprojektowała Józefa Wnukowa, wykładowczyni gdańskiej ASP. Przyjeżdżali tu muzycy, malarze, pisarze. Dolina Pięciu Stawów była inspiracją do powstania wielu dzieł sztuki. Piosenka Niemena „Domek bez adresu” jest o naszym schronisku – opowiadają USTOM Marychna i Marta Krzeptowskie, których rodzina od wielu lat prowadzi Pięciu Stawów, najwyżej położone schronisko w Polsce.

– 15/02/2018 –

 

 

Aby dotrzeć do pracy, musicie przejść prawie sześć kilometrów po górach. Bez względu na pogodę. Pomyśleć, że my w mieście narzekamy na poranne korki…

Marta: To fakt, prowadzimy najtrudniej dostępny obiekt w Tatrach, a może i w całej Polsce. Położony ponad granicą lasu, na wysokości 1670 metrów n.p.m. Nie da się tu dojechać samocho- dem ani żadnym innym pojazdem. Zimą zagrożenie lawinowe jest rzeczywiście bardzo wysokie, bo Pięć Stawów to najbardziej śnieżna dolina w kraju. Dostrzegamy obiektywne trudności, które stoją za dotarciem do Pięciu Stawów, ale z naszego punktu widzenia wygląda to zupełnie inaczej.To jest nasz drugi dom, miejsce bardzo nam bliskie i przyjazne. Tu się wychowałyśmy. A droga do pracy to dla nas czysta przyjemność. Kilkadziesiąt minut świętego spokoju. Chwila tylko dla siebie.

Marychna: Chyba że idziemy razem. Wtedy cały ten czas przegadamy. A ostatnio wlokłyśmy się ponad trzy godziny, bo naprawiałyśmy drogę. Jak pada deszcz, to zatykają się tzw. przepusty, którymi spływa woda. Trzeba je odtykać na bieżąco. Nasz tata zawsze naprawiał tę drogę, kiedy szliśmy do schroniska. W dzieciństwie bardzo nas to denerwowało, a teraz same tak robimy i angażujemy do pomocy własne dzieci.

 

 

 

A co z niedźwiedziami?

Marta: Jak się dużo chodzi po górach, tak jak my, to trudno ich nie spotkać. W takiej sytuacji trzeba spokojnie poczekać, aż przejdą. I dalej robić swoje. Nie wolno ich zaczepiać, karmić, fotografować czy konfrontować się z nimi w żaden inny sposób. Zresztą, jak spotkasz kiedyś niedźwiedzia, to zaręczam ci, że nie będziesz miała na takie rzeczy ochoty. To wielkie zwierzę, włochaty potwór, który budzi strach i respekt. Od razu poczujesz, kto w tej sytuacji jest u siebie, a kto jest intruzem. Niemniej nigdy ani nam, ani nikomu z naszej rodziny żaden niedźwiedź nie wyrządził najmniejszej krzywdy.

Marychna: Kiedyś w Stawach grałyśmy z tatą w brydża.W pewnej chwili spojrzeliśmy na Martę – wyglądała, jakby zobaczyła ducha. Tata mówi: „O, Mała chyba ma szlema”. A okazało się, że w drzwiach stał ogromny niedźwiedź. Nie widzieliśmy go, bo siedzieliśmy tyłem do wyjścia. Innym razem miś wszedł do kuchni. Zjadł cały gar bigosu i blachę szarlotki. Musiało mu bardzo smakować, bo wylizał naczynia do czysta. Potem sobie poszedł i nikomu nic się nie stało.

 

 

Przysypała was kiedyś lawina?

Marychna: Tak, ale to było dość dawno temu. Teraz mamy detektory lawinowe i dużo większą wiedzę na temat tego, jak się zachować w razie niebezpieczeństwa. W Stawach organi- zujemy nawet kursy lawinowe, prowadzone przez ratowników TOPR-u. Od ich naczelnika dostałyśmy plecaki z ABS-em. W razie zagrożenia pociągasz za dźwignię i na plecach rosną ci dwie ogromne poduchy powietrzne. Wyglądasz jak anioł. Z tymi skrzydłami jesteś lżejsza niż śnieg, więc lawina cię wypluwa. Marta: Mnie lawina śnieżna ściągnęła w dół. Na szczęście nie zostałam przysypana, więc wyszłam z tego cało. Wstałam, otrze- pałam się i poszłam dalej. Ale takie sytuacje pokazują potęgę gór i to, że jak się pogoda zmieni, to człowiek jest kompletnie bezsilny. Innym razem szłam zimą do Stawów. Świeciło słońce. Kiedy dotarłam na szczyt, zerwał się silny wiatr i przyszła mgła tak gęsta, że nie widziałam wyciągniętej przed siebie ręki. W sekundę śnieg zasypał moje ślady. Doskonała znajomość topogra i doliny w niczym mi nie pomogła. Zupełnie straciłam orientację, nie wiedziałam nawet, czy idę w górę, czy w dół. Zrobiło mi się niedobrze, mój błędnik oszalał. Położyłam się na ziemi i zaczęłam się zsuwać. W końcu wpadłam w niezasypaną śniegiem szczelinkę. Domyśliłam się, że to brzeg Przedniego Stawu. Wiedziałam, że jak będę chodzić dookoła niego, to w końcu znajdę drogę. Schronisko jest tuż nad nim. Zrobiłam kilka kółek, w końcu przyszło jakieś małe przejaśnienie i odnalazłam drogę do domu. To zdarzenie pokazuje, jak ważna jest w górach pokora. Kluczowa jest właściwa ocena sytuacji i własnych możliwości. Czasem trzeba zawrócić kilka metrów od celu. Żeby przeżyć.

 

 

Ciąg dalszy wywiadu do przeczytania w USTACH 16 drukowanych do kupienia TU

Rozmawiała: Karolina Rogalska, zdjęcia: Robert Ceranowiucz





comments powered by Disqus