Redakcja

Arigato Noma!

Na zakończenie mojego stażu miałam przyjemność by w końcu zasiąść jako gość przy jednym ze stolików Nomy i spróbować menu składającego się z 25 pozycji. Kulka z czarnej porzeczki nadziewana jogurtem z kombucha i pyłkiem kwiatowym, kanapki z suszonych liści kapusty z pastą z rukwii wodnej i solirodu z garum z kałamarnicy czy dynia z kawiorem z białego jesiotra, orzechami bukowymi, listownicami w emulsji z koji i masła. Wszystko było doskonale!

– 31/12/2014 –

Ostatnie dni stażu były dosyć intensywne. Trzeba było Nomę wyszorować na wysoki połysk, wyekspediować co ważniejsze sprzęty do Japonii, a międzyczasie spakować też własne graty oraz nastawić się psychicznie na rozstanie z Kopenhagą. W jeden z ostatnich dni miałam również niebywałą przyjemność zjeść lunch w Nomie. Ominę przedstawianie menu składającego się z dwudziestu pięciu dań, bo takie relacje można znaleźć na wielu wspaniałych blogach, w tym również na naszych rodzimych. Dla mnie, po 3,5 miesiącach spędzonych w kuchni, wejście do restauracji w roli gościa było kompletnie nowym i bardzo ciekawym przeżyciem.

 

Zabawnie było wyjść z kuchni, przebrać się w normalne ciuchy, wejść do Nomy i usiąść przy stoliku numer 8, o ile dobrze pamiętam.
Lunch jedliśmy we czwórkę – ja oraz inni stażyści: Sam, Marco i Iwan. Siedząc razem przy stole i czekając na pierwszą przystawkę przegadywaliśmy się nawzajem, dzieląc się wrażeniami, które w zasadzie były bardzo spójne. Opisane wcześniej przeze mnie wnętrze Nomy to esencja skandynawskiego stylu. Mimo lejącego za oknem deszczu, który w pewnym momencie zamienił się w ścianę, my czuliśmy się na wyraz spokojni i zrelaksowani.

 

Na stole pojawiła się lampka szampana, a następnie pierwsza przystawka, później następne i następne. Z każdym kęsem coraz bardziej się rozpływaliśmy opisując swoje doznania. Mieliśmy też okazję spróbować sekcji soków, o której chyba każdy z nas po ciuchu marzył. Zgodnie stwierdziliśmy, że sok jabłkowo-sosnowy nie ma sobie równych.

 

 

IMG_1633

Dla chłopców najlepszym daniem było oczywiście główne czyli grillowana dzika kaczka podana z liśćmi kapusty smarowanymi sokiem z chrzanu i wołowym garum. Jednogłośnie stwierdzili, że nawet podawany do niej flat bread z truflami przy niej wypada blado.

Dla mnie faworytów było kilka: kulka z czarnej porzeczki nadziewana jogurtem z kombucha i pyłkiem kwiatowym otoczona marynowanymi płatkami róż i to nie dlatego, że produkcja składowych tego dania przez prawie dwa miesiące należała do mojej sekcji. Uwielbienie mam również do kanapki z suszonych liści kapusty z pastą z rukwii wodnej i solirodu z garum z kałamarnicy i olejem rabarbarowym. Ale tak naprawdę padłam na kolana przy pieczonej dyni z podanej z kawiorem z białego jesiotra, orzechami bukowymi, listownicami (bardziej znanymi jako kelp) w emulsji z koji i masła.

IMG_1583

Lunch w Nomie to piękna i prosta uczta, a zarazem podsumowanie mojej ciężkiej pracy. Ale nie był to mój ostatni posiłek, ponieważ pracowałam jeszcze kilka dni. Po ostatnim wieczornym serwisie do drugie w nocy sprzątaliśmy restaurację. Po wyjściu z Nomy czekała na nas budka z hot dogami, których mnóstwo jest w całej Kopenhadze. Wyobraźcie sobie, że przyjechała specjalnie dla nas. Jako, że nie jem mięsa zajadałam się bułką z dodatkami, żegnając się z moimi nowymi przyjaciółmi, których mam nadzieję, że jeszcze spotkam.

Tymczasem pora powrócić do rzeczywistości trzymając kciuki za wielką przygodę Nomę, która za chwilę rozpocznie się w Japonii.

ありがと NOMA!

IMG_1660

tekst i zdjęcia: Maria Przybyszewska

Sponsorem relacji z pobytu Marii Przybyszewskiej w Nomie jest HERMES, producent smakowych wód funkcjonalnych. www.hermes-amita.com.pl

Logo Hermes OK





comments powered by Disqus